wtorek, 21 lutego 2017

Dogonić szczęście...kilka Florentynowych refleksji

Witajcie mili Groszkowo-różani bywalcy.
Pragnę Wam co prędzej donieść, że wiosna zbliża się wielkimi krokami.
Pod moim blokiem rozbieliły się przebiśniegi i śnieżyce. Delikatne jeszcze, trochę powściągliwe, niezdecydowane , ale już są!!! Dziś było odrobinę deszczowo, więc nie mam zdjęć, ale jak tylko słońce się pojawi, zaraz te białe wiosenne cuda sfotografuję.
Inspiracją do dzisiejszego wpisu była dla mnie właśnie ta cudna, w powijakach jeszcze, ale przecież baaardzo już wyczuwalna wiosna.
To taki czas, kiedy chce się żyć każdym nerwem ciała, każdą najmniejszą komórką.
Chce się śpiewać i być szczęśliwym.


Pamiętacie może, jak w poście o postanowieniach noworocznych pisałam, że mam tylko jedno: będę szczęśliwa, po prostu...
I trzeba Wam wiedzieć, że postanowienie to niezmiennie, planowo i niestrudzenie realizuję.
A przy okazji przyszło mi do głowy pytanie: jak być szczęśliwym?
Czy to łatwe, czy też wręcz przeciwnie... Co o szczęściu decyduje?
Czy mamy wpływ na to, by czuć się szczęśliwymi?
Jak myślicie?
Mój noworoczny sposób na szczęście zamykał się w dwóch słowach: uśmiech i wdzięczność.
Sprawdziłam, działa! Uśmiech do nas wraca. Odkąd staram się o nim na co dzień pamiętać, przybyło miłych i uśmiechniętych ludzi obok mnie.
Prosta prawda: to co dajesz, wraca do Ciebie. Jeśli się uśmiechasz, ludzie wokół też się uśmiechają. Świat jest niczym innym jak odbiciem naszych emocji.
Jednym słowem: nasze szczęście zależy od nas samych.
A tak często o tym nie pamiętamy. Szukamy szczęścia gdzieś daleko, w jakiejś odległej, bliżej nieokreślonej przyszłości. Uzależniamy je od tak wielu okoliczności.
Będę szczęśliwy, kiedy... wygram na loterii, wybuduję dom z basenem, najlepiej gdzieś w ciepłych krajach, kupię samochód taki jakiego nie ma nikt, wybiorę się w podróż dookoła świata, etc.


Czy to naprawdę przepis na szczęście? A co, jeśli to nigdy nie nastąpi: nie zdobędziesz wielkich pieniędzy, nie kupisz wymarzonego samochodu, nie wybierzesz się w egzotyczną podróż?
Czy wtedy zawsze będziesz nieszczęśliwy?
Albo z innej strony: jaką masz gwarancję, że wszystko to, za czym gonisz da Ci szczęście?
Kochani, by być szczęśliwym nie potrzeba wiele, bo szczęście to nie stan posiadania, ale stan ducha. I nie oszukujmy się, żaden wyścig szczurów szczęścia nam nie zapewni.
Szczęście tak naprawdę jest w nas i od nas zależy czy będziemy szczęśliwi czy też nie.
To kwestia wyboru. I umiejętności. Umiejętności dostrzegania spraw pozornie drobnych i cieszenia się nimi. Poczucie szczęścia często dają drobiazgi: pachnące świece, kwiaty w wazonie, uśmiech dziecka, rozmowa z przyjacielem, celebrowanie chwil.
Szczęścia moi mili można się najzwyczajniej w świecie nauczyć. Tak! Oczywiście jeśli chcemy być szczęśliwi:) A kto by nie chciał, zapytacie. Ano ten, kto woli malkontencić, zamiast dostrzegać piękno i wyjątkowość świata, piękno i wyjątkowość chwil.
Szczęścia naprawdę można się nauczyć, a nauczycieli jest wielu: począwszy od Mistrza Gałczyńskiego, a skończywszy na przesympatycznej Rodzinie Muminków:)
Szczęścia nie trzeba gonić, należy je odkryć w sobie. 


A jak już je odkryjemy i nauczymy się go, należy je pielęgnować.
Przez uśmiech i wdzięczność właśnie. Niezależnie od tego, co akurat dzieje się w naszym życiu, dziękujmy: losowi, Bogu, ludziom wokół nas. Dziękujmy za wszystkie dobre i piękne rzeczy i sytuacje, których doświadczamy. A kiedy coś zaboli, cóż, może to lekcja, za którą także powinniśmy być wdzięczni. Wszak ponoć wszystko, co się w naszym życiu wydarza ma sens i dzieje się po coś, nawet jeśli w danej chwili trudno nam to zrozumieć...
I jeszcze jedno: uczmy się wychwytywać z codzienności drobinki szczęścia, nie przegapiajmy ich. A kiedy wieczorem zapiszemy je w dzienniku wdzięczności czy innym specjalnym zeszycie, zdziwimy się, że jest tego tak wiele.
Wiecie co skłoniło mnie do dzisiejszego pisania (oprócz budzącej się wiosny): otóż jakiś czas temu w jakimś horoskopie przeczytałam, że dzień 21 lutego będzie dla mnie w tym roku bardzo szczęśliwy. I wiecie co, po zsumowaniu dzisiejszych drobinek radości mogę z czystym sumieniem stwierdzić: tak, to był bardzo szczęśliwy dzień:)
Czego i Wam na każdy kolejny dzień życzę.
Wyobraźmy sobie, że stoimy u podnóża schodów wiodących do szczęścia.
Otóż nie wystarczy się w nie wpatrywać, trzeba zacząć się po nich wspinać (gdzieś to kiedyś przeczytałam i bardzo mi się spodobało).



Dobrej nocy moi mili.
I jeszcze kilka słów od Mistrza Gałczyńskiego na dobranoc:


Gdy ci się kiedyś przyśni
na przykład gałązka wiśni,
to wiedz,

że to znaczy szczęście -
bo wiśnia we śnie znaczy,
że koniec twej rozpaczy
i że będziesz szczęśliwy
coraz częściej.


           FLORENTYNA




sobota, 18 lutego 2017

Warsztatowe bukietowanie i szczypta fiołkowych refleksji:)

Witajcie kochani.
Wpis miał być zaraz natychmiast po warsztatach, tego samego dnia, ale plany sobie, a jakieś przedziwne, przedwiosenne zmęczenie, sobie:)
Usiadłam do komputera tuż po przyjeździe z warsztatów. I wiecie co, ogarniała mnie taka senność, że głowa dosłownie leciała mi na klawiaturę:)
Nie wiem zupełnie co ja mam ostatnio z tym spaniem... Świat się budzi, wiosna puka do drzwi, a ja w sen jakiś pozimowy chcę zapadać;-)))
A może po prostu to słynne i mocno rozreklamowane przesilenie wiosenne daje o sobie znać?
 Przypuszczalnie coś jest na rzeczy, zważywszy, że wczoraj pochłonęłam za jednym zamachem prawie cały słoik kremu czekoladowego, czemu sama się do tej pory dziwię:)
Powtórzyć mogę za poetą, że "czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;-)))))"
Magnezu mi ani chybi brakuje, endorfin mi brakuje, słońca mi brakuje. Wiosny chcę i tyle!
Jak tylko nadejdzie, to wszystko zmieni się na lepsze:) Spać w nadmiarze przestanę, objadać się słodyczami przestanę i w ogóle "ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, ja jeszcze z wiosną się roztańczę":)
Taką mam przynajmniej nadzieję i na to liczę.
Ale wróćmy do meritum, czyli do naszych ostatnich bukietowych warsztatów.
Stali bywalcy Groszków i róż wiedzą z pewnością, że uwielbiam bukiety układane na kryzach.
Kryzy dają ogromne pole dla wyobraźni, można poszaleć.
Dodatkowo znacznie powiększają optycznie bukiet, więc możemy ułożyć coś niebanalnego nawet z niewielkiej ilości kwiatów.
O różnego rodzaju kryzach do bukietów pisałam TUTAJ.
Także na naszych ostatnich warsztatach układałyśmy bukiety na kryzach.
Początkowo w planach było zimowe bukietowanie, ale podczas bytności na giełdzie zmieniłam zdanie: tyyyyle tam już wiosny, że trudno obok przejść obojętnie:)
Zamiast zimowej bawełny, białych goździków i szyszek, kupiłam tulipany i cudnej urody akację srebrzystą, której puszyste kuliste kwiatostany nieodmiennie kojarzą mi się z maleńkimi żółtymi kurczakami:)


I tak zamiast zimowych, powstały bukiety przedwiosenne, które miały zaczarować i zwabić wiosnę.
Pracę zaczęłyśmy od przygotowania kryzy. Tym razem powstała ona z siatki florystycznej, z której wycięłyśmy kwadrat o wielkości 10 na 10 oczek (nie wiem ile to w centymetrach, bo nie zmierzyłam)
Brzegi poprzeplatałyśmy trawą niedźwiedzią i gałązkami brzozy (bo przecież bez brzozy obejść by się nie mogło: czytajcie TUTAJ)

Tak to wyglądało:


W gotowych kryzach należało już tylko ułożyć kwiaty:


I przedwiosenne bukiety gotowe:


Dół bukietu wykończyłyśmy jutą:


Jak widzicie po układzie łodyg, bukiet nie był komponowany spiralnie, lecz równolegle.
Bukiety skrętoległe poćwiczymy kiedy wiosna rozgości się na dobre i kwiatów będzie duuużo, a te giełdowe zrobią się tańsze:)
A na kolejnych warsztatach planujemy przedwiosenne wianki (czyli dekoracje drzwi w okresie przedwiośnia).
Bo przedwiośnie już jest naprawdę i to fakt niezaprzeczalny.
W moim Wrocławiu dni stają się coraz cieplejsze. Co prawda od wczoraj trochę mokro, ale to deszcz pachnący już nadchodzącą wiosną. Mrozy się skończyły.
Przyroda się budzi z zimowego uśpienia.
Podobno przyleciały już pierwsze bociany.
A i ptaki o poranku świergolą jakoś radośniej, optymistyczniej. I te ich trele, to pytlowanie beztroskie powoduje, że i we mnie serce rośnie, a wszystko nagle staje się łatwiejsze.
Wiosna to przecież czas marzeń. Nie zapominajmy o nich w naszym zabieganym świecie.
Ta najpiękniejsza z pór roku jest tuż tuż i porozumiewawczo mruga do nas okiem, obiecując, że wszystko co dobre, piękne, interesujące, dopiero przed nami.
Ach, jakie wspaniałe są te obietnice...
Życzę Wam moi drodzy pięknych i spełniających się wiosennych marzeń.
Czy wiecie jak pachną marzenia?
Mój zapach marzeń, to zapach fiołków, które kojarzą mi się z wiosnami z beztroskich lat szczenięcych. Fiołki rosły w moim małym miasteczku niemal na każdym kroku, na każdym skwerku, na najmniejszym choćby spłachetku trawy. Znosiłam je do domu całymi naręczami.
I wiosenny dom mojego wczesnego dzieciństwa pachniał fiołkami.
Kiedy wącham fiołki, widzę oczyma duszy stół nakryty do obiadu, właśnie z bukiecikiem tych urokliwych kwiatów w centralnym miejscu. Obiad jest chyba niedzielny, bo przy stole cała rodzina: uśmiechnięta Mama, tryskający humorem Tata, i my obie z siostrą. I jakoś tak zupa pomidorowa mi się z tym obiadem kojarzy:)
Podsumowując można by rzec, że zapach fiołków przywodzi mi na myśl talerz pomidorowej zupy (ulubionej przez wszystkich w moim domu);-)
Ale szerzej rzecz ujmując: zapach fiołków to dla mnie zapach szczęścia, beztroski, ciepła, bezpieczeństwa, dosytu i spokoju. 
Uwielbiam fiołki. Lubię je dostawać i zanurzać nos w ich czarownej woni.
Czekam na nie z utęsknieniem. A kiedy zakwitną, poświęcę im oddzielny, w pełni fiołkowy wpis.

Pozdrowienia serdeczne i uśmiech dla wszystkich moich miłych gości.
A ja spaaaać (mam nadzieję, że wiosna mnie z tej narkolepsji wyleczy;-)
Po całym dniu spędzonym dzisiaj na szkoleniu czuję się odrobinkę usprawiedliwiona:)
Jutro kolejna porcja wiedzy niezbędnej do wykonania moich nowych zadań (ach jak ja lubię wyzwania).

Miłej niedzieli i udanego kolejnego tygodnia wszystkim Wam życzę.



            FLORENTYNA






wtorek, 14 lutego 2017

Sercowe warsztaty, sercowe pudełka DIY i czy aby na pewno lubię Walentynki...

Witajcie kochani 

Na początek obiecana relacja z naszych sercowych, przedwalentynkowych warsztatów.
Dodać należy, że już miałam spore obawy, czy uda nam się w ogóle z warsztatami ruszyć.
W styczniu zdziesiątkowała nas grypa, katary i inne przeciwności losu.
I tym sposobem sezon warsztatowy 2017 rozpoczęłyśmy dopiero 9 lutego.
Ponieważ to czas okołowaletnkowy, więc i nasze prace do do tego święta nawiązują.
Tematem zajęć były pudełka kwiatowe.
Ale nic na skróty, żadnych gotowców. Pudełeczko trzeba było zrobić własnoręcznie.
A że to na Święto Zakochanych, więc pudełka oczywiście w kształcie serca.
Nie mogło być inaczej.
Pracę zaczęłyśmy od wycięcia trzech serduszek: dwa z kolorowego bristolu, a jedno z twardszego kartonu.



Serducha potem należało skleić ze sobą. Kolorowe na zewnątrz, a to z grubego kartonu w środku, dla wzmocnienia całości. Tym razem kleiłyśmy wszystkie elementy pudełka za pomocą taśmy dwustronnie klejącej. I świetnie się sprawdziła, podczas gdy kleje różnorodne nie bardzo, bo zmiękczały i zniekształcały papier.
Może ktoś z Was zna jakiś dobry klej, który nadawałby się do klejenia pudełek? Podpowiedzcie.
Potem należało wyciąć paski na boki pudełka i porobić na nich wypustki, którymi będą przyklejone do sercowej podstawy.



Wysokość boku to 6,5 cm, a szerokość zakładki to 2 cm.
Przed połączeniem boku pudełka z podstawą oklejałyśmy je dekoracyjnymi materiałami.
Moje warsztatowiczki zdecydowały się na jutę, ale można oklejać papierem, wstążkami, tkaninami o ciekawej fakturze i wszystkim innym, co nam wyobraźnia podpowie:)

A tak wyglądały przygotowane już przez nas pudełka:



Jutę na bokach ozdabiałyśmy dodatkowo koronką, wstążkami, a niektóre dziewczyny zdecydowały się na taśmę z błyszczącymi kryształkami, która nadała całości wygląd nieco "glamour". Początkowo byłam przeciwna kryształkom, bo przecież to zupełnie inne klimaty niż juta. Ale ostateczny efekt przekonał mnie, że czasem warto pokusić się o łączenie materiałów nieoczywistych i pozornie się wykluczających;-)
Co o tym sądzicie?
Gotowe pudełka wykładałyśmy podwójną warstwą celofanu, a potem wypełniałyśmy namoczoną zieloną gąbką florystyczną (cienką warstwą, ok. 3 cm grubości).
Tak przygotowane pudełka były już gotowe, by ułożyć w nich kwiaty, oczywiście czerwone, jakżeby inaczej:)



W naszych sercowych pudełkach znalazły się róże, dziurawiec (Hypericum) i asparagus modrzewiowy. No i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przemyciła też mojej ukochanej brzozy:) Moje warsztatowiczki już przyzwyczaiły się do tego, że brzozę  w różnej postaci dodaję niemal do każdej kompozycji;-)))
O mojej wielkiej miłości do brzóz pisałam TUTAJ
A oto efekt końcowy naszych walentynkowych działań:



 Na zakończenie tradycyjna "rodzinna" fotka:)



I do zobaczenia za tydzień, na kolejnych warsztatach.
Będą zimowe bukiety na kryzach.
Przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć, robione telefonem, a on coś się kiepsko ostatnio sprawuje.
Mam nadzieję, że co nieco uda się Wam zobaczyć.

I jeszcze, zgodnie z tytułem posta, słów kilka na temat Walentynek.
Czy je lubię?
Cóż, skłamałabym mówiąc, że tak. W zasadzie nie można tego chyba rozpatrywać w kategorii lubię-nie lubię, bo najzwyczajniej w świecie nie mam do tego święta podejścia emocjonalnego.
Na mój gust jest zbyt komercyjne, nieco za bardzo krzykliwe i trochę kiczowate;-)
Ale jest i druga strona medalu: jeśli przy okazji tego dnia ktoś usłyszy kilka miłych słów, których być może bez okazji by nie było... to dlaczego nie:)
Ciepłych słów i miłych gestów nigdy nie za dużo.
Tylko nie traktuję Walentynek wyłącznie jako święta zakochanych, bardziej może jako kolejny Dzień Życzliwości. Skoro już są, to uśmiechnijmy się ciepło do bliskich, nie tylko tych, których kochamy, także do przyjaciół, znajomych, rodziny.
I rzecz najważniejsza: Walentynki, to jeszcze jedna cudowna okazja do OBDAROWYWANIA SIĘ KWIATAMI:) Wszak kwiaty najpiękniej i najpełniej wyrażają uczucia.
A każdy dzień, który ten piękny zwyczaj przypomina i kultywuje jest ze wszech miar godny promowania! I to jest powód dla którego Walentynki popieram:)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, uśmiech przesyłam i życzę pięknego dnia.



Tę piękną różę dedykuję wszystkim, których "kocham, lubię, szanuję..."




FLORENTYNA



sobota, 11 lutego 2017

Co z tą wiosną i trochę serc przedwalentynkowych;-)

Na wierzbie 
nad samym rowem - 
srebrne kotki marcowe. 
Na deszczu i na słocie 
srebrnieją im futra kocie. 
Ale kotki marcowe nie piszczą. 
Huśtają się na gałązkach. 
Mruczą: 
- Nareszcie wiosna! 
I sierść mają coraz srebrzystszą.
                              (Joanna Kulmowa)

No i co z tą wiosną kochani??? Gdzie ona się podziewa, co sobie myśli i dlaczego każe na siebie tak dłuuuugo czekać???
Uparcie szukam jej śladów, ale ciągle niewiele tego bardzo.
Wybrałam się dzisiaj nad Odrę z nadzieją na najdrobniejsze przejawy wiosny...
I co? I pstro! Wiosna ani myśli się pojawić.
Znalazłam co prawda kilka baziowych wierzbowych gałązek, ale jakieś nieśmiałe bardzo, delikatne, lękliwe, skromniuteńkie. Jakby przepraszały,że za wcześnie.
Odra całkiem jeszcze lodem skuta, ptaki sobie po lodzie spacerują, wiosny ani śladu:(


Chyba im zimno i też z utęsknieniem wiosny wyglądają:)
Zrobiłam zdjęcie z kotkami wierzbowymi na pierwszym planie, żeby choć trochę tę wiosnę zaczarować.


Maleńkie ta bazie jeszcze, niepozorne... Ale są!!! I to daje nadzieję, że lada chwila świat się rozwiośni:)
Póki co natura jeszcze śpi. Śpią kotki na leszczynie i trawy i zioła. Tylko suche ubiegłoroczne badyle urozmaicają nieco krajobraz nad rzeką.


Zimno i mroźno było, więc pospacerowałam niedługo.
Przyniosłam do domu  kilka baziowych gałązek, niech mi o wiośnie przypominają.
To już tylko 36 dni!!!!!!!!!!!
A tak swoją drogą rozbestwiliśmy się nieco:)
Rozmawiałam dzisiaj z  Mamą, która ostudziła mocno moje wiosenne zapędy, przypominając mi czasy, kiedy w lutym nikomu nie przyszłoby do głowy za wiosną się rozglądać. Fakt, w czasach mojego dzieciństwa pory roku były wyraźne i zdecydowane i trwały tyle ile trwać powinny.
Zima zaczynała się już w listopadzie. Pamiętam, że dzień Wszystkich Świętych był najczęściej mroźny i przysypany śniegiem.
I trwała ta zima dłuuuugo.
Dopiero w marcu robiło się nieco cieplej, słońce zaczynało mocniej przygrzewać i pojawiały się pierwsze wiosenne zwiastuny.
Są dwie rzeczy, które nieodmiennie kojarzą mi się z wiosną mojego dzieciństwa: podkolanówki i chleb ze szczypiorkiem.
Kiedy w końcu Mama pozwalała te wymarzone i wyczekane podkolanówki założyć, to było już więcej niż pewne, że wiosna nadeszła.
Co z tego, że nogi w podkolanówkach siniały z zimna;-) Nic to, przecież WIOSNA!!!!!
A pajdę chleba grubo posmarowaną masłem i obficie garnirowaną szczypiorkiem, brało się do ręki i... na podwórko, zdobywać świat;-)
To były czasy! Nikt nie mógł nas z tego podwórka do domu zapędzić:)
Dzisiaj raczej jakoś odwrotnie bywa...
I jeszcze jedna rzecz z wiosną mi się bardzo kojarzy: gra w klasy:)
Na pierwszy plan wysuwa mi się coś co się nazywało grą "w chłopa":) Kto grał?
Nazwa od kształtu figury kreślonej na ziemi patykiem, albo na chodniku kawałkiem cegły.
W jednej ręce rzeczona pajda ze szczypiorkiem, a w drugiej płaski kawałek dachówki, czyli "kamyk", który rzucało się na kolejne pola. A potem się po tych polach skakało.
Raz na jednej nodze, raz na drugiej, potem "żabką" czyli na obu nogach.
Dopóki się nie "skuło". A działo się tak, kiedy kamyk nie trafił na określone pole, albo usadowił się na linii.
Wygrywała osoba, która pierwsza wykonała wszystkie zadania.
Uwielbiałam grę w klasy.
I wiecie co, kiedy teraz czasami (zdarza się to bardzo rzadko, ale jednak!) widzę na podwórzu za domem narysowane "klasy", to nic nie jest w stanie mnie powstrzymać od skakania po nich na jednej nodze:-)))))
Taki odruch warunkowy:)


Zdjęcie pochodzi STĄD

Tak mniej więcej to wyglądało (tylko w wersji, którą pamiętam ramiona były dłuższe, a głowa podzielona na dwie części)

Ech, rozmarzyłam się... Coś się ostatnio często w czasy dzieciństwa przenoszę:)
Ale tak miło powspominać. Taka blogowa podróż sentymentalna.
Reasumując: wiosny w plenerach póki co nie ma, niestety, musi nam wystarczyć chwilowo wiosna w sercu:)
A wiosennie mi w nim bardzo już od pierwszych dni stycznia:)

Miałam Wam, zgodnie z tytułem posta, pokazać nasze przedwalentynkowe, sercowe działania, ale tak się rozpędziłam ze wspomnieniami, że warsztaty walentynkowe przeniosę do kolejnego wpisu.
Żeby nie być gołosłowną, pokażę tylko zajawkę tego, co robiłyśmy:


Takie sercowe aranżacje.
Szczegóły w kolejnym wpisie.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich stałych bywalców "Groszkowo-różanych" okolic.
Witam nowych obserwatorów.
A uśmiech nieodmiennie wszystkim przesyłam.
Miłej niedzieli kochani.
I do następnego pisania:)


                FLORENTYNA







sobota, 4 lutego 2017

Brzoza, moja roślina lutego

Moje brzozowe fascynacje mają swoje korzenie w czasach bardzo odległych, w czasach, gdy jako dziecko kilkuletnie zaledwie uczyłam się poznawać i nazywać świat dookoła mnie.
W ogrodzie rodziców rosły dwie okazałe brzozy. Jedna przed domem, a druga z tyłu, w zacisznym ogrodowym zakątku..
Brzoza to chyba pierwsze drzewo jakie nauczyłam się rozpoznawać i pokochałam miłością wielką.
Pamiętam jak przez mgłę, kiedy na przedwiośniu Tata prowadził mnie za rękę do rozsłonecznionego, rozświergotanego, choć jeszcze trochę uśpionego ogrodu, by tam spełnić tajemny wiosenny brzozowy rytuał;-)
Zabieraliśmy ze sobą szklane słoje i ostre narzędzie do cięcia. Tata nacinał brzozową korę i drewno, zawsze dość nisko, u podstawy drzewa i podstawiał pod nacięcie szklane naczynie.
I odbywały się czary: z drzewa do słoja powoli skapywały krople życiodajnego soku.
Dla mnie, małego dzieciaka rytuał był absolutnie czarodziejski, a Tata jawił mi się wtedy jako wielki mag;-)
Zważywszy, że po zbieraniu soku dziękował i uczył mnie, że trzeba się brzozie pokłonić za to, że podzieliła się z nami swoim skarbem, bo tak ponoć czyniono w dawnych czasach.
Ach, jak ten eliksir smakował...
I słodkawo i kwaskowato, czasem z nutką lekkiej goryczy.
Ciekawą sprawą jest fakt, że jako dorosła osoba nie odszukałam już tamtego niezapomnianego smaku. Zabrakło czarów;-)
Kiedy już podziękowaliśmy i pokłoniliśmy się brzozie, Tata pieczołowicie zabezpieczał nacięcie na pniu. Drzewo odwdzięczało się corocznie ogromną ilością magicznego napoju.
Jakiś czas później, kiedy na brzozowych gałązkach pojawiały się pierwsze delikatne listeczki, ścinaliśmy ich całe naręcza i ustawialiśmy w domu, wnosząc do niego świeży powiew młodziutkiej jeszcze wiosny.
A z bezlistych brzozowych gałązek zwijaliśmy wianki.
To były moje pierwsze lekcje brzozowej florystyki:)
Dzisiaj już nie ma obu brzóz, nie ma też Taty, który w innych ogrodach kłania się drzewom...
Za to brzóz w naszym krajobrazie ilość nadal ogromna.
Choć lubię wiele drzew, brzoza, dzięki tym wczesnym dziecięcym wspomnieniom, pozostanie dla mnie zawsze numerem jeden.


W brzozach urzeka mnie wszystko, począwszy od ich delikatnego, zwiewnego pokroju z miękko przewieszającymi się gałęziami  poprzez urocze drobne brzozowe kotki aż po  zachwycającą swą strukturą i kolorystyką korę.
Jest brzoza drzewem niezwykłym i magicznym. Kora brzozowa , dzięki zawartym w niej olejkom eterycznym ułatwiała dawnym wędrowcom krzesanie ognia.
Brzozowych szczap używano onegdaj jako łuczywa do oświetlania wnętrz.
W Europie w czasach przedchrześcijańskich brzoza symbolizowała wiosnę, wegetację  i budzące się życie.
Dawna chrześcijańska legenda mówi, że brzoza otuliła swoimi gałązkami Świętą Rodzinę uciekającą przed Herodem. W nagrodę za to otrzymała swój wdzięczny, subtelny wizerunek i smukłą postać oraz właściwość, iż nigdy nie uderza w nią piorun.
Ciekawe, czy to prawda z tymi piorunami, ktoś wie?
I chyba stąd wzięła się tradycja przynoszenia do domu brzozowych gałązek w święto Bożego Ciała. Babcia mówiła mi, że taka gałązka w domu chroni przed burzą i piorunami.

Moja florystyka zawiera bardzo dużo brzozowych akcentów.
Najczęściej jest to kora brzozowa (tutaj idę trochę na skróty i kupuję preparowane płaty na giełdzie kwiatowej, chociaż naturalna jest o wiele bardziej urodziwa)
Nie mam niestety żadnych nowych brzozowych prac (chociaż pewnie przed Wielkanocą pojawi ich się sporo), więc pokażę co nieco z mojego archiwum.

Jako symbol wiosny i budzącego się życia, świetnie sprawdza się brzoza w aranżacjach wielkanocnych i wiosennych.


Ten tulipanowy wazon pokazywałam już kiedyś. Z wazonu wypływa ogon wypleciony z brzozowych gałązek, a w nim tulipany umieszczone w fiolkach z wodą.

Brzozę lubię także jako element dekoracji wielkanocnego stołu:


Hiacynty i świece ubrałam tutaj w plecionki z delikatnych brzozowych gałązek.
Aranżacja wykonana została dla NDiO - FLORA w ubiegłym roku.

Brzozowa kora sprawdza się również doskonale w dekoracjach na adwent i Boże Narodzenie:




Lubię też gałązki brzozowe dodawać do bukietów:


Pojawiły się kiedyś także w wiązance ślubnej, która na życzenie panny młodej miała nie zawierać kwiatów.


Gałązki brzozowe są miękkie i plastyczne i doskonale nadają się do wyplatania różnego rodzaju mat czy wianków.


Takie maty robiłyśmy dawno temu na kursie.


Pokazywałam je TUTAJ

Korą brzozową można okleić kawałki suchej gąbki florystycznej, tworząc w ten sposób ciekawe pojemniki na kompozycje.
Dekorowałam skrawkami kory także świece.


W kołnierzykowatej kryzie z brzozowej kory pięknie prezentuje się bukiecik róż z ciemnymi owocami kaliny i srebrzystym kalocefalusem.


Ta dekoracja wykonana była również dla NDiO - FLORA

To zaledwie kilka przykładów na zastosowanie brzozy we florystyce.
Wierzcie mi, że  jako materiał florystyczny stwarza ona nieograniczone wprost możliwości.
Mam mnóstwo pomysłów na brzozowe aranżacje.
Nastawcie się na to, że w tym roku nie raz na blogu zagoszczą.

Powiem Wam w sekrecie, że marzy mi się "brzozowy ślub", ach jak mi się marzy;-)
I wiązanka ślubna z delikatnych brzozowych gałązek, z odrobiną tylko kwiatów.
Ktoś chętny?
Zapraszam;-)
A jeśli nie będzie chętnych, to przygotuję taką sesję zdjęciową.
Brzoza w kościele, na sali weselnej, na stołach, w bukiecie i we włosach panny młodej, w butonierkach panów i korsarzach pań, w dekoracji samochodu;-)
Taka brzozowa stylizacja boho-rustykalna.

Pamiętajcie też, że do brzozy zawsze warto się przytulić.
Jest jednym z najlepiej działających na człowieka drzew. Podobno uspokaja, obdarza dobrym samopoczuciem, działa wyciszająco i pociesza w kłopotach.
Pobudza też kreatywność i intuicję;-)
Ja tam nigdy nie zaniedbuję okazji tulenia się do brzozy;-)
No bo skoro będę wyciszona, a do tego bardziej kreatywna, to warto!

Czy też lubicie brzozę jako tworzywo florystyczne?
Do jakich aranżacji najchętniej jej używacie?

Pozdrawiam serdecznie wszystkich bywalców Groszkowo-różanego świata.
Zapraszam i dziękuję za to, że jesteście.
No i zgodnie z ideą mojego  Roku Uśmiechu, nieodmiennie moc uśmiechów Wam przesyłam.
Do napisania;-)


                    FLORENTYNA







czwartek, 26 stycznia 2017

Rozpoczynam poszukiwanie wiosny;-) Odsłona pierwsza.


Znaleźć próbuję ją w drzewach 
brzemiennych w pąki.
Niech śpiewa
głośno przez łąki.
Kiedy ją wreszcie dostanę,
porwę, gdzie słońcem pijane
drą się się skowronki 
                                                      (Stefan Sokołowski) 

 Ponieważ baaardzo już za nią tęsknię i nie mogę się jej doczekać, zacznę ją tropić i szukać jej przejawów, choćby śladowych, najdrobniejszych...
Wczoraj na FB moja przyjaciółka, wiedząc o tym, że wiosny pragnę jak kania dżdżu, podrzuciła mi takie zdjęcie:



Ponieważ to było wczoraj, więc licząc od dzisiaj to już tylko 54 dni!!!
Czas pracuje dla nas, kochani;-)

Nie jestem człowiekiem zimowym, o czym informowałam Was w poprzednim wpisie.
Jestem ciepłolubna, światłolubna, kwiatolubna, zapacholubna... etc.
Dawno, dawno temu, nastolatką będąc, przeczytałam w mojej ukochanej Filipince (ach co to było za cudne pismo, dzisiaj już takich nie robią;-), że wiosna przychodzi nie wtedy, kiedy pokazuje kalendarz, ale wtedy, kiedy się ją poczuje;-)
I tak moi kochani tegoroczna wiosna zapukała do moich drzwi 4 stycznia, a 5 potwierdziła i ugruntowała swoją obecność.
Tak więc już od pierwszych dni stycznia "zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną" jako rzecze poeta;-)
Ach, co za stan cudowny. Wiośnieję sobie co dzień bardziej.
I nie przeszkadza mi nawet katar i drobne niedogodności zdrowotne;-)
Dzisiaj we Wrocławiu od rana świeciło słońce, więc postanowiłam wydać wojnę wirusom i wyprowadziłam swój katar na spacer;-)
Pierwsze swe kroki skierowałam ku ciemiernikowi, by sprawdzić jak się miewa po okresie mrozów.
I wiecie co, chyba udało mu się przetrwać.



Trochę poturbowany, trochę przybrązowiały mu pąki, ale myślę, że zakwitnie.
Zdjęcie nieszczególne, ale lepszego mój telefon nie chciał wykonać, a bardzo chciałam Wam mój dzielny, odporny na mrozy ciemiernik pokazać.
Pokrzepiona na duchu dzielnością mojego kwiatka, poszłam dalej szukać śladów wiosny.
Zdecydowanie przygotowuje się już do niej mahonia, której pąki kwiatowe wyglądały dzisiaj tak:

Mam nadzieję, że za niedługo będą takie:


Pomimo, że dzień dzisiaj był słoneczny, to jeszcze na trawnikach leży brudny przyszarzały śnieg:



Liczę na to, że niedługo stopnieje, a wyglądająca spod niego trawa zrobi się bardziej zielona:)
Miejscami śniegu było znacznie więcej, ale spod niego wyłaniały się gdzieniegdzie zielone zwiastuny zbliżającej się nieuchronnie wiosny.



Też im się spieszy, też nie chcą czekać zbyt długo, podobnie jak ja...

To pierwsze przejawy wiosny, jakie udało mi się dzisiaj znaleźć.
Tylko podczas krótkiego spaceru, tylko blisko domu.
Jak wirusy mi trochę odpuszczą, powędruję dalej, poszukam dokładniej.
Myślę, że teraz już niemal codziennie będą się pojawiać nowi wiosenni prekursorzy;-)
Póki co poszukałam też wiosny nieco bliżej: na parapecie okiennym.
Tutaj zdecydowanie bardziej kwitnąco i pachnąco:



Hiacynty pachną upojnie. Lubię ten zapach. 
A z kolei szafirki zachwycają swoją eteryczną urodą.



Ten hiacyntowo-szafirkowy zawrót głowy zaspokaja póki co mój apetyt na kolory;-)
Ale tęsknię już bardzo za wiosną majową:)
Z jej oszałamiającą feerią barw.
Taką wiosną na przykład:



Zdjęcie zostało zrobione w maju ubiegłego roku we Wrocławskim Ogrodzie Botanicznym.
Aranżacja dla NDiO-FLORA
Autorem zdjęcia jest Paweł Stafij
Ach te kolory, te zapachy. Dla mnie taki barwny i ciepły czas mógłby trwać przez cały rok;-)
Jestem dobrej myśli i wierzę w to, że moje zaklinanie i przywoływanie wiosny spowoduje jej rychłe nadejście.
Pozdrawiam Was słonecznie, z uśmiechem i w bardzo wiośnianym nastroju.
Pomimo, że chwilowo uziemiona w domu, nie tracę wiosennego stanu ducha.
Korzystam z niespodziewanego urlopu, czytam, piszę, planuję zajęcia, projektuję wiosenne kompozycje.
Czytam właśnie "Powiedz życiu tak" Ewy Foley (przepadam za jej książkami).
I przeczytałam, co następuje:
"Im bardziej pracujesz nad sobą i nad swoim życiem, im pełniejszą odpowiedzialność przyjmujesz za tworzenie siebie, tym więcej masz energii witalnej oraz tym większe stają się Twoje oczekiwania.
Chciej więcej! Oddychaj głębiej! Śmiej się głośniej! Kochaj mocniej! Ufaj bardziej!
Żyj odważniej!!!"

I tego właśnie moi kochani życzę sobie i Wam.
A od siebie dodałabym jeszcze tylko: niezależnie od pory roku, miej w sercu wiosnę:)
Do napisania.



FLORENTYNA





czwartek, 19 stycznia 2017

Dlaczego nie lubię zimy i jak ją oswajam.

Nie lubię zimy i tyle.
Śnieg, mróz, szare dni to zdecydowanie nie moje klimaty.
O ile jeszcze zima grudniowa, przedświąteczna ma urok oczekiwania, o tyle ta styczniowo-lutowa, nawet jeśli biała i śnieżna, nie budzi mojej sympatii.
Od stycznia to ja już wiosny chcę;-)
I tak z dnia na dzień czekam, że może lada chwila się pojawi, może już jutro, może za dwa dni...
I tak sobie codziennie wiosny wyglądam, póki co bezskutecznie.
We Wrocławiu znowu śnieżnie i mróz trzyma (niewielki, ale dla mnie i tak za duży).

Obiektywnie rzecz biorąc zima prezentuje się całkiem ładnie:



Mogę popodziwiać jako ładny obrazek, ale i tak nie polubię;-)
Do wiosny daleko, do Wielkanocy daleko, do moich urodzin daleko (chociaż będą pierwsze w kolejności, jeszcze przed wiosną i przed Wielkanocą).
Ratunku, wychodzi na to, że urodziłam się zimą. Tyle lat minęło, a ja dopiero sobie ten straszny fakt uświadomiłam;-))) No ale taką zimą u progu wiosny;-)

A dlaczego zimy nie lubię?
Spróbuję w punktach:

 1. bo zimno i nos mi marznie;-)
 2. bo zanim wyjdę z domu muszę się ubierać, ubierać i ubierać...
 3. bo tak naprawdę, to biało jest w mieście tylko przez chwilę, a potem szaro i brzydko
 4. bo mi warsztatowiczki chorują i nie mogę prowadzić zajęć
 5. bo jest szaro i zdecydowanie za mało światła, a ja do światłolubnych należę
 6. bo jest ślisko i łazi za mną widmo złamanej nogi (no, nie daj Boże)
 7.bo muszę odkopywać samochód spod śniegu i skrobać szyby, co nie należy do moich        ulubionych zajęć;-)
 8. bo ciągle mi się spać chce; najchętniej zapadłabym w sen zimowy i obudziła się dopiero w  marcu;)
 9. bo brakuje mi  kolorów
10.bo dopadają mnie zimowe smuteczki:-(
11. bo do maja daleko, a ja tęsknię za majem (a dzisiaj tak jakoś szczególnie...)
12. bo...zima to po prostu nie moja bajka. I tyle:)

Sporo tego się uzbierało.

Ale przecież trzeba jakoś do wiosny dotrwać i tę nielubianą zimę oswoić, uprzyjemnić sobie, okiełznać;-)

MOJE SPOSOBY NA OSWAJANIE ZIMY


Brak światła rekompensuję sobie ciepłym światłem świec.
W ich blasku świat staje się przytulniejszy, cieplejszy, trochę tajemniczy.
Lubię świece i zapalam je zawsze, kiedy tylko mogę.
A najbardziej lubię, kiedy pachną wanilią, kawą lub cytrusami.



Zimę łatwiej też znosić z kubkiem ulubionej kawy z mlekiem i cynamonem.
Kiedyś nie przepadałam za kawą, a teraz piję kilka dziennie.
Jeśli ktoś lubi słodzoną, to można pokusić się o zrobienie cukru cynamonowego (wystarczy zmiksować w blenderze lub młynku do kawy szklankę cukru z łyżeczką startej kory cynamonowej). Doskonały do kawy lub gorącej czekolady. Ale uważajcie: pobudza apetyt.


źródło zdjęcia: PINTEREST

W zimowy czas przy życiu trzymają mnie książki moje ukochane.
Gdy tylko zdarzają się chwile, kiedy nie muszę nigdzie biec, nie wzywają obowiązki, mogę bezkarnie w domu poleniuchować, otulam się ciepłym pledem i znikam w książkowym świecie.
W zimie zawsze czytam najwięcej.
Mam pewien plan czytelniczy na ten rok, ale go nie zdradzę, dopiero, jeśli się uda.
Najchętniej czytam listy i biografie.
Ostatnio jednak czytam wszystko, jak leci, bo postanowiłam przeczytać książki, które mam na półkach i które wciąż czekają na swoją kolej.
Niektóre z nich wracają z powrotem na półkę, inne idą "do ludzi", a jeszcze inne "uwalniam" pozostawiając na ławce w parku (ale to raczej jak ciepło jest) lub na przystanku tramwajowym.

 .

Kolejny mój sposób na oswojenie zimy to listopisanie;-)
Odkryłam na nowo uroki papierowej korespondencji i oddaję się jej z ogromną przyjemnością.
Piszę sporo listów i : uwaga, uwaga!!!!! - otrzymuję listy!
Frajda ogromna.
O przyjemnościach płynących z papierowej korespondencji pisałam TUTAJ.
Namawiam Was gorąco: piszcie listy.
Myślę, że warto powrócić do tego zapomnianego zwyczaju.


A kiedy zima dokuczy mi bardzo bardzo, a wiosna wydaje się szczególnie odległa, funduję sobie domowe SPA i cudną, relaksującą, pachnącą kąpiel  z duuużą ilością piany:)
I tu można połączyć przyjemności: zapalam w łazience kilka cytrusowych świec i zabieram do wanny ulubioną książkę (mam takie, które mogę czytać w kółko i bez przerwy;-)
I znikam dla świata. I zapominam o zimie;-)


zdjęcie pochodzi STĄD

Zima to także brak kolorów. A ja jakoś szczególnie w tym roku kolorów łaknę.
Samą mnie to trochę dziwi, bo do niedawna przepadałam za barwami achromatycznymi, za kontrastami czerni i bieli (typowo zimowymi przecież)...
I monochromatyczność preferowana przeze mnie we florystycznych aranżacjach.


A tu nagle zmiana i obrót o 180 stopni! Kolorów chcę!!!
Taki też widzę mój rok 2017: KOLOROWY!!!
Skąd w zimie wziąć kolory?
Najlepszym na to sposobem jest powrót pamięcią do kolorowych majowych dni.
Ech, jak było barwnie...


Na fali zapotrzebowania na kolory zrobiłam taką wiązankę dla najnowszego numeru 


Gdybym nie wiedziała, że to naprawdę mój bukiet, to nigdy bym na to nie wpadła;-)))
Tak kolorowo nie działałam dotychczas.

I tak pokrótce przedstawiają się moje sposoby na oswojenie i uprzyjemnienie sobie zimy.
A jakie są Wasze?
A może po prostu zimę lubicie i nie musicie sobie umilać czasu oczekiwania na wiosnę ?

Lada dzień przedstawię Wam mój tegoroczny styczniowy wianek.
Tak bardzo inny od ubiegłorocznego, zimnego biało-czarno-zielonego.
Tegoroczny będzie ciepły, barwny i aromatyczny;-)
Ale to już następnym razem.

Pięknych i kolorowych dni życzę wszystkim, którzy tu zajrzeli.
Pozdrowienia i jak zwykle duuuużo uśmiechu.


                         FLORENTYNA