środa, 26 kwietnia 2017

Fiołkowe opowieści - część druga.


"Bukiecik fiołków - garsteczka fioletu,
 Ujęta w liści szmaragdową zieleń,
 A daje czasem więcej rozanieleń,
 Niżeli przepych kupnego bukietu(...)"
                                       (Henryk Zbierzchowski)


zdjęcie pochodzi STĄD

Jeszcze słów kilka o tych wyjątkowych, urokliwych kwiatach. Czy nie sądzicie, że pięknie wyglądałby romantyczny bukiecik fiołków w rękach panny młodej?
Fiołka wonnego we florystyce prawie nie ma. Kwitnie niezbyt długo, jest filigranowy, ulotny, do dekoracji potrzeba byłoby wielu kwiatów. A gdyby tak mimo wszystko pokusić się o fiołkowy ślub...
Myślę, że największą trudnością byłoby zdobycie kwiatów. Nie wiem zupełnie, czy fiołki można gdzieś kupić. Nawet jeżeli tak, to raczej jako sadzonki. A kwiaty trzeba po prostu pozyskać z natury. Niemniej jednak zamarzył mi się fiołkowy ślub. Może kiedyś się uda:)
Jeśli nie prawdziwy ślub, to chociaż ślubna sesja zdjęciowa dla mojego pisma. Pomyślę o tym za rok:) Poszperałam trochę po internetowych głębinach i udało mi się wypatrzyć kilka fiołkowych ślubnych fotek, chociaż łatwo nie było:)
Własnych oczywiście póki co nie mam żadnych.
Miałam w planie fiołkową Wielkanoc, ale z powodu moich licznych szpitalnych wędrówek nic z tego nie wyszło (kolejne plany na przyszły rok;-)
Póki co zadowolić się muszę tym, co zrobili inni.
Fiolet to doskonały kolor przewodni oprawy ślubnej. I mnóstwo było już ślubów w tej tonacji kolorystycznej.
Ale nie z fiołkami. Myślę, że gdyby zdecydować się na fiołkowy ślub, to musiałby to być impreza niewielka, raczej kameralna. Delikatny bukiecik w rękach panny młodej ubranej w białą sukienkę z fioletową szarfą i w fioletowych butach, kilka druhen w sukienkach w tonie jasnego fioletu z bukiecikami białych fiołków i jedynie z kroplą ciemniejszego fioletu w postaci kilku fiołków w ich podstawowym kolorze.
Ech, marzy mi się bardzo taka stylizacja:)


źródło zdjęcia: PINTEREST

Dawno temu urzekł mnie fiołkowy bukiecik ślubny będący dziełem czeskiej mistrzyni florystyki Hany Sebestovej.
Zdjęcia pochodzą z czasopisma Florista 1/208.
Nie są najlepszej jakości, bo fotografowałam przy kiepskim świetle. Mam nadzieję, że coś jednak uda Wam się na nich zobaczyć.


Bukiecik wykonany jest na kryzie oklejonej srebrzystymi łuszczynami miesięcznicy rocznej (Lunaria annua). Potocznie nazywa się tę roślinę "judaszowymi srebrnikami"



Wewnątrz tak przygotowanej kryzy umieszczone zostały niewielkie bukieciki fiołków, zadrutowane i zawatowane dla ochrony przed utratą wody.




Do kompletu florystka proponuje fiołkowy naszyjnik.


Alternatywą dla tego bukietu może być bukiecik z kwiatów sępolii (fiołka afrykańskiego) ułożony na kryzie z płatków róż.



zdjęcie pochodzi STĄD

Ja jednak zdecydowanie preferowałabym bukiecik z dzikich fiołków wonnych (zapach jako wartość dodana;-) Mógłby być na kryzie z lunnarii, na płatkach róż, czy na krążkach masy perłowej. Albo na zupełnie innej, na przykład koronkowej (ach jakie to byłoby romantyczne i słodkie:)
A oto kilka innych propozycji fiołkowych bukiecików dla panny młodej:


zdjęcia pochodzą STĄD



zdjęcie pochodzi STĄD

Panu młodemu zaproponować możemy subtelną fiołkową butonierkę:


zdjęcie pochodzi STĄD

Co prawda na zdjęciu jest fiołek afrykański, ale z powodzeniem zastąpić go możemy fiołkiem wonnym.

Pięknym uzupełnieniem fiołkowych dekoracji będzie wianek na głowie panny młodej:

zdjęcie pochodzi z tego Bloga

Fiołki malowniczo zaprezentują się też na stołach...


źródło zdjęć: PINTEREST

... i ze świecami


zdjęcie pochodzi STĄD

Równie dobrze będą wyglądały szklane lub porcelanowe misy wypełnione wodą z pływającymi fiołkami i świecami.

Oczywiście nie obejdzie się bez fiołkowych słodkości:)


fiołkowy tort pochodzi z tego BLOGA


źródło zdjęcia:PINTEREST

Upominki dla gości również ozdobić można delikatnymi fiołkowymi bukiecikami:


                                                   źródło zdjęcia: PINTEREST

Jak widzicie fiołkowych propozycji ślubnych jest całkiem sporo. To tylko kilka przykładów do inspirowania się. Wystarczy uruchomić wyobraźnię i można stworzyć bajkową fiołkową scenerię, która sprawi, że ani goście ani nowożeńcy tej wspaniałej stylizacji długo nie zapomną.
Może warto pokusić się o taką niecodzienną aranżację.
Choć wykonanie dekoracji ślubnej z fiołków łatwe chyba nie będzie. Ale za to jakie niecodzienne i niebanalne:) 
Nie wiem tylko co z kościołem i samochodem. Macie jakieś pomysły?
Chodzi mi po głowie, że kościół mógłby być utrzymany w konwencji leśnej, z mchem, kępami fiołków w pojemnikach i paprociami. Wtedy paprocie i mech również mogły by się pojawić w dekoracji sali. Spróbuję do przeszłego roku coś wymyślić. Trzymajcie kciuki, żeby się udało:)
A może macie jakieś własne fiołkowe pomysły ślubne? Podpowiedzi mile widziane;-)

Pozdrawiam serdecznie wszystkich miłych bywalców groszkowo-różanej krainy.
Uśmiech fiołkowy Wam przesyłam i do następnego pisania.


                                          FLORENTYNA

























środa, 19 kwietnia 2017

Fiołkowe opowieści - część pierwsza.


"Sentymentalny,
Gimnazjalny
Bukiecik fiołków
niepowtarzalny, 
nierealny
bukiecik fiołków
potargany, pognieciony,
przyniesiony w kieszeni-
- ja nic nie mówiłam,
tyś się zaczerwienił."
                                 (Agnieszka Osiecka)


Witajcie kochani.
Czekałam na wiosnę, czekałam na fiołki. Wiosna przyszła, fiołki zakwitły, a na blogu florentynowym cisza trwa...
Pochłonęło mnie całkowicie życie codzienne, bieganie po szpitalach (całe szczęście, że wszystko dobrze i moi bliscy do zdrowia powracają), jednym słowem pospolitość znowu zaskrzeczała i na fiołkowe spacery nie było czasu.
Ale przecież fiołkowy wpis być musi, nie mogę sobie odpuścić:)
Bo takiego czaru i uroku próżno by szukać w innych kwiatach.
Mnóstwo ludzi pyta mnie bardzo często o mój ulubiony kwiat. Odpowiadam różnie, w zależności od pory roku, od nastroju. Ostatnio zastanawiałam się jednak, jaka byłaby moja odpowiedź, gdybym musiała wybrać ten jeden jedyny ukochany nade wszystko kwiat.
I fiołek wygrał bezapelacyjnie!!!



Choć niepozorny, delikatny i filigranowy, urzeka absolutnie i uwodzi magią zapachu.
Uwielbiam zanurzać nos w fiołkowych bukiecikach i napawać się zapachem marzeń.
Bo moje marzenia od najdawniejszych dziecięcych czasów pachną fiolkami:)
Fiołki to kwiaty, które nieodmiennie z dzieciństwem mi się kojarzą i z nimi wiąże się wiele moich wczesnodziecięcych wspomnień.
Pamiętam, że w wieku lat 10-11 zaczytywałam się "Anią z Zielonego Wzgórza". Lekturę podsunęła mi Mama. Zaczęłam czytać i... przepadłam z kretesem. Zakochałam się w Ani na zabój. Do tego stopnia, że nosiłam książkę ze sobą do szkoły, nie mogąc się z nią rozstać ani na chwilę:)
I tu mała dygresja: przygotowywałam się wówczas do konkursu recytatorskiego i zamarzyło mi się, że jako prozę wybiorę sobie fragment z mojej ukochanej "Ani". I nic z tego nie wyszło. Jakiś bardzo ważny Pan Inspektor od spraw szkolnych był łaskaw nazwać moją najulubieńszą lekturę  "rupieciarnią". Odebrałam to niemal jako obrazę osobistą:) A bardzo ważnego Pana Inspektora znienawidziłam dożywotnio;-)
No i niestety recytować musiałam to, co dla mnie wybrano. Właściwe i odpowiednio zaangażowane. Takie to były czasy...
Ale wróćmy do fiołkowego wątku. Ania, jak zapewne większość z Was wie, bardzo lubiła nadawać nazwy drzewom, kwiatom, miejscom. I tak właśnie niewielka zielona kotlina nieopodal lasu pana Bella nazwana została przez nią "Doliną Fiołków". Małe, niepozorne zagłębienie w cieniu starych drzew, wiosną zmieniało się w krainę czarów, mieniącą się ametystową barwą miliona fiołków. Lubiłam sobie wyobrażać to miejsce. 
Bardzo chciałam mieć swoją "Dolinę Fiołków". I wyobraźcie sobie, że udało mi się taki fiołkowy zakątek odnaleźć w mieście mojego dzieciństwa:) 
Tuż za wiaduktem kolejowym, naprzeciwko kamieniołomów była głęboka kotlina (wspaniale zjeżdżało się zimą na sankach z jej stromych stoków). A wiosną, w kwietniu i maju dolina opalizowała fiołkami. Było ich tam zatrzęsienie.



Brodząc wśród morza urokliwych, fioletowych kwiatów, trzeba było bardzo uważać, by ich nie podeptać.
Uwielbiałam wyprawy "na fiołki". Przysiadałam w trawie i cierpliwie układałam z maleńkich, wonnych kwiatów okazałe bukieciki, którymi później obdarowywałam bliskich i przyjaciół.
Najpiękniej pachniały te zbierane w słoneczny dzień.
W moim rodzinnym miasteczku rosły niemal wszędzie, nie tylko w Dolinie Fiołków.
Było ich mnóstwo na każdym nawet najmniejszym spłachetku trawy.
Wczesnowiosenne wieczory mojego dzieciństwa miały zapach fiołków.




Być może moja fiołkowa miłość wiąże się z imieniem,które wybrał dla mnie Tata: wszak Jolanta to imię wywodzące się z języka greckiego i oznaczające ni mniej ni więcej, tylko "kwiat fiołka":)
Starożytni uważali fiołki za święte. Były także symbolem miłości, zwłaszcza tej nieśmiałej, skrywanej...
Dzisiaj, wręczając komuś bukiecik fiołków mówimy mu bez słów: "często o Tobie myślę, tęsknię za Tobą i smutno mi bez Ciebie":)
A w słowniku Władysława Kopalińskiego fiołek oznacza wierność, miłość, naturalny urok i piękno.

Cieszmy się fiołkami, póki jeszcze kwitną. Otaczajmy się ich zapachem. Nie są pod ochroną, więc możemy je zrywać do woli.
Ustawiajmy fiołkowe bukieciki na parapetach okiennych,, na stołach, szafkach i komodach.
Im więcej tym lepiej:)

Pozdrawiam fiołkowo, kończąc część pierwszą mojej fiołkowej opowieści.
Ciąg dalszy nastąpi:)

Do napisania.



FLORENTYNA













środa, 15 marca 2017

Wioooosnaaaa i wianek lutowy w marcu pokazany;-)

Patrz, oto wiosna znów
Najsłodsze niesie Ci tchnienia
I czoło Twoje ocienia
Wieńcem kwitnących bzów,
Czy czujesz w niemym zachwycie
Wdzięk nowy i nowe życie? (...)
                                Adam Asnyk

Co prawda do kwitnących bzów trochę jeszcze daleko, ale "wdzięk nowy i nowe życie" budzącej się, rozkosznie młodej wiosny czuje się na każdym kroku.
Już jest, rześka, delikatna, świeża. Dopiero otwiera oczy, krokusami, przebiśniegami, śnieżycami. Dopiero się zaczyna. Jest obietnicą kwitnień, kolorów, zapachów... obietnicą cudu, który za chwilę się wydarzy. I to właśnie w niej najpiękniejsze.


Bo najpiękniej się na nią czeka. A kiedy już stanie się faktem niezaprzeczalnym, trzeba ogromnej uważności by nie przegapić tego, co się dzieje. 
A dzieje się bardzo dużo i bardzo szybko:) Lubię ten wiosenny spektakl, te codzienne niespodzianki, nowe kwiaty, nowe liście, nowe ptaki, nowe zapachy.
Teraz czekam na fiołki. Myślę, że pojawią się lada dzień.
Póki co zachwycam się tym, co już zakwitło:)



Miałam tropić wiosnę dzień po dniu i pokazywać jak się zmienia i jak dojrzewa. 
Miałam... Podobno, jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach.
W obliczu zdarzeń nieprzewidzianych, których wcale nie brałam pod uwagę i z pewnością ich nie chciałam, tropienie wiosny zeszło na plan bardzo odległy.
Podobnie rzecz się ma z wiankiem lutowym. Nie było możliwości pokazanie go Wam w odpowiednim czasie.
Będzie teraz (stąd tytuł wpisu;-)
Wianek lutego to obraz natury budzącej się ze snu.
Jeszcze szarej, jeszcze przymglonej, a już jednak gdzieniegdzie rozjaśniającej się  refleksami zieleni i kroplą barw.
Ten przedwiosenny wianek, to kolejny przejaw moich brzozowych fascynacji (o mojej wielkiej miłości do brzóz i brzozowych aranżacji pisałam TUTAJ)
Ale dosyć słów, popatrzcie sami: oto brzozowy wianek lutego



Jak go zrobić?
Otóż wykonanie takiego wianka nie jest trudne, tylko odrobinę pracochłonne i czasochłonne.

POTRZEBNE MATERIAŁY

- cienkie gałązki brzozowe
- białe brzozowe patyki pocięte na małe fragmenty
- gałązki kwitnącego na żółto żarnowca (opcjonalnie)
- pędy bluszczu z kilkoma liśćmi
- odrobina mchu
- skrawki brzozowej kory
- miniaturowe narcyzy i szafirki z cebulami
- drut powlekany papierem (tak zwany "sznurko-drut")
- klej z pistoletu 
- klej do żywych roślin



      WYKONANIE WIANKA KROK PO KROKU   

Kilka giętkich brzozowych gałązek  zwijamy w pierścień i łączymy sznurkodrutem.

                 
W ten sposób przygotowujemy bazę wianka. I od tego momentu zaczyna się spokojne, niespieszne, pracowite wyplatanie wianka. Pojedyncze, elastyczne brzozowe witki wplatamy skrupulatnie pomiędzy gałązki przygotowanej bazy (warto wcześniej popodpatrywać ptaki budujące gniazda:)
Wianek stopniowo, chociaż niezbyt szybko, powiększa swoje rozmiary.

                                                                            



Kiedy już uzyskamy pożądaną wielkość i grubość wianka, przystępujemy do jego dekorowania. 
W pierwszej kolejności wplatamy weń kwitnące pędy żarnowca (można z nich zrezygnować, ja zastosowałam je dla zwiększenia ilości żółtego koloru w wianku), zielone pędy bluszczu z kilkoma liśćmi. Następnie wklejamy w wypleciony wianek skrawki kory, kawałki grubszych patyków i nieco mchu.

                                                                     
      






Na tym etapie wianek jest już gotów, by zamontować na nim rośliny cebulowe.
Można je przykleić na zimno klejem do żywych roślin, albo nabić cebulki na patyczek szaszłykowy, a jego drugi koniec wkleić na gorąco do wianka.
Jeśli rośliny odstawałyby nieco od wianka, można je dodatkowo przymocować ozdobnym drucikiem.
voilà, wianek gotowy!


Na warsztatach powstało ich znacznie więcej:



Takie wianki będą doskonałą dekoracją drzwi w czasie budzącej się wiosny.
Kiedy kwiaty cebulowe zwiędną, można je usunąć z wianka i zastąpić innymi, bądź pozostawić wianek bez kwiatów.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy zaglądają w groszkowo-różane progi:)
Dziękuję, że jesteście.
Już niedługo kolejne brzozowe przedwiosenne i przedwielkanocne aranżacje.
Do napisania:)

Ps. Większość zdjęć autorstwa Basi Bruździak. Wielkie dzięki Basiu:)



FLORENTYNA






wtorek, 21 lutego 2017

Dogonić szczęście...kilka Florentynowych refleksji

Witajcie mili Groszkowo-różani bywalcy.
Pragnę Wam co prędzej donieść, że wiosna zbliża się wielkimi krokami.
Pod moim blokiem rozbieliły się przebiśniegi i śnieżyce. Delikatne jeszcze, trochę powściągliwe, niezdecydowane , ale już są!!! Dziś było odrobinę deszczowo, więc nie mam zdjęć, ale jak tylko słońce się pojawi, zaraz te białe wiosenne cuda sfotografuję.
Inspiracją do dzisiejszego wpisu była dla mnie właśnie ta cudna, w powijakach jeszcze, ale przecież baaardzo już wyczuwalna wiosna.
To taki czas, kiedy chce się żyć każdym nerwem ciała, każdą najmniejszą komórką.
Chce się śpiewać i być szczęśliwym.


Pamiętacie może, jak w poście o postanowieniach noworocznych pisałam, że mam tylko jedno: będę szczęśliwa, po prostu...
I trzeba Wam wiedzieć, że postanowienie to niezmiennie, planowo i niestrudzenie realizuję.
A przy okazji przyszło mi do głowy pytanie: jak być szczęśliwym?
Czy to łatwe, czy też wręcz przeciwnie... Co o szczęściu decyduje?
Czy mamy wpływ na to, by czuć się szczęśliwymi?
Jak myślicie?
Mój noworoczny sposób na szczęście zamykał się w dwóch słowach: uśmiech i wdzięczność.
Sprawdziłam, działa! Uśmiech do nas wraca. Odkąd staram się o nim na co dzień pamiętać, przybyło miłych i uśmiechniętych ludzi obok mnie.
Prosta prawda: to co dajesz, wraca do Ciebie. Jeśli się uśmiechasz, ludzie wokół też się uśmiechają. Świat jest niczym innym jak odbiciem naszych emocji.
Jednym słowem: nasze szczęście zależy od nas samych.
A tak często o tym nie pamiętamy. Szukamy szczęścia gdzieś daleko, w jakiejś odległej, bliżej nieokreślonej przyszłości. Uzależniamy je od tak wielu okoliczności.
Będę szczęśliwy, kiedy... wygram na loterii, wybuduję dom z basenem, najlepiej gdzieś w ciepłych krajach, kupię samochód taki jakiego nie ma nikt, wybiorę się w podróż dookoła świata, etc.


Czy to naprawdę przepis na szczęście? A co, jeśli to nigdy nie nastąpi: nie zdobędziesz wielkich pieniędzy, nie kupisz wymarzonego samochodu, nie wybierzesz się w egzotyczną podróż?
Czy wtedy zawsze będziesz nieszczęśliwy?
Albo z innej strony: jaką masz gwarancję, że wszystko to, za czym gonisz da Ci szczęście?
Kochani, by być szczęśliwym nie potrzeba wiele, bo szczęście to nie stan posiadania, ale stan ducha. I nie oszukujmy się, żaden wyścig szczurów szczęścia nam nie zapewni.
Szczęście tak naprawdę jest w nas i od nas zależy czy będziemy szczęśliwi czy też nie.
To kwestia wyboru. I umiejętności. Umiejętności dostrzegania spraw pozornie drobnych i cieszenia się nimi. Poczucie szczęścia często dają drobiazgi: pachnące świece, kwiaty w wazonie, uśmiech dziecka, rozmowa z przyjacielem, celebrowanie chwil.
Szczęścia moi mili można się najzwyczajniej w świecie nauczyć. Tak! Oczywiście jeśli chcemy być szczęśliwi:) A kto by nie chciał, zapytacie. Ano ten, kto woli malkontencić, zamiast dostrzegać piękno i wyjątkowość świata, piękno i wyjątkowość chwil.
Szczęścia naprawdę można się nauczyć, a nauczycieli jest wielu: począwszy od Mistrza Gałczyńskiego, a skończywszy na przesympatycznej Rodzinie Muminków:)
Szczęścia nie trzeba gonić, należy je odkryć w sobie. 


A jak już je odkryjemy i nauczymy się go, należy je pielęgnować.
Przez uśmiech i wdzięczność właśnie. Niezależnie od tego, co akurat dzieje się w naszym życiu, dziękujmy: losowi, Bogu, ludziom wokół nas. Dziękujmy za wszystkie dobre i piękne rzeczy i sytuacje, których doświadczamy. A kiedy coś zaboli, cóż, może to lekcja, za którą także powinniśmy być wdzięczni. Wszak ponoć wszystko, co się w naszym życiu wydarza ma sens i dzieje się po coś, nawet jeśli w danej chwili trudno nam to zrozumieć...
I jeszcze jedno: uczmy się wychwytywać z codzienności drobinki szczęścia, nie przegapiajmy ich. A kiedy wieczorem zapiszemy je w dzienniku wdzięczności czy innym specjalnym zeszycie, zdziwimy się, że jest tego tak wiele.
Wiecie co skłoniło mnie do dzisiejszego pisania (oprócz budzącej się wiosny): otóż jakiś czas temu w jakimś horoskopie przeczytałam, że dzień 21 lutego będzie dla mnie w tym roku bardzo szczęśliwy. I wiecie co, po zsumowaniu dzisiejszych drobinek radości mogę z czystym sumieniem stwierdzić: tak, to był bardzo szczęśliwy dzień:)
Czego i Wam na każdy kolejny dzień życzę.
Wyobraźmy sobie, że stoimy u podnóża schodów wiodących do szczęścia.
Otóż nie wystarczy się w nie wpatrywać, trzeba zacząć się po nich wspinać (gdzieś to kiedyś przeczytałam i bardzo mi się spodobało).



Dobrej nocy moi mili.
I jeszcze kilka słów od Mistrza Gałczyńskiego na dobranoc:


Gdy ci się kiedyś przyśni
na przykład gałązka wiśni,
to wiedz,

że to znaczy szczęście -
bo wiśnia we śnie znaczy,
że koniec twej rozpaczy
i że będziesz szczęśliwy
coraz częściej.


           FLORENTYNA




sobota, 18 lutego 2017

Warsztatowe bukietowanie i szczypta fiołkowych refleksji:)

Witajcie kochani.
Wpis miał być zaraz natychmiast po warsztatach, tego samego dnia, ale plany sobie, a jakieś przedziwne, przedwiosenne zmęczenie, sobie:)
Usiadłam do komputera tuż po przyjeździe z warsztatów. I wiecie co, ogarniała mnie taka senność, że głowa dosłownie leciała mi na klawiaturę:)
Nie wiem zupełnie co ja mam ostatnio z tym spaniem... Świat się budzi, wiosna puka do drzwi, a ja w sen jakiś pozimowy chcę zapadać;-)))
A może po prostu to słynne i mocno rozreklamowane przesilenie wiosenne daje o sobie znać?
 Przypuszczalnie coś jest na rzeczy, zważywszy, że wczoraj pochłonęłam za jednym zamachem prawie cały słoik kremu czekoladowego, czemu sama się do tej pory dziwię:)
Powtórzyć mogę za poetą, że "czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;-)))))"
Magnezu mi ani chybi brakuje, endorfin mi brakuje, słońca mi brakuje. Wiosny chcę i tyle!
Jak tylko nadejdzie, to wszystko zmieni się na lepsze:) Spać w nadmiarze przestanę, objadać się słodyczami przestanę i w ogóle "ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, ja jeszcze z wiosną się roztańczę":)
Taką mam przynajmniej nadzieję i na to liczę.
Ale wróćmy do meritum, czyli do naszych ostatnich bukietowych warsztatów.
Stali bywalcy Groszków i róż wiedzą z pewnością, że uwielbiam bukiety układane na kryzach.
Kryzy dają ogromne pole dla wyobraźni, można poszaleć.
Dodatkowo znacznie powiększają optycznie bukiet, więc możemy ułożyć coś niebanalnego nawet z niewielkiej ilości kwiatów.
O różnego rodzaju kryzach do bukietów pisałam TUTAJ.
Także na naszych ostatnich warsztatach układałyśmy bukiety na kryzach.
Początkowo w planach było zimowe bukietowanie, ale podczas bytności na giełdzie zmieniłam zdanie: tyyyyle tam już wiosny, że trudno obok przejść obojętnie:)
Zamiast zimowej bawełny, białych goździków i szyszek, kupiłam tulipany i cudnej urody akację srebrzystą, której puszyste kuliste kwiatostany nieodmiennie kojarzą mi się z maleńkimi żółtymi kurczakami:)


I tak zamiast zimowych, powstały bukiety przedwiosenne, które miały zaczarować i zwabić wiosnę.
Pracę zaczęłyśmy od przygotowania kryzy. Tym razem powstała ona z siatki florystycznej, z której wycięłyśmy kwadrat o wielkości 10 na 10 oczek (nie wiem ile to w centymetrach, bo nie zmierzyłam)
Brzegi poprzeplatałyśmy trawą niedźwiedzią i gałązkami brzozy (bo przecież bez brzozy obejść by się nie mogło: czytajcie TUTAJ)

Tak to wyglądało:


W gotowych kryzach należało już tylko ułożyć kwiaty:


I przedwiosenne bukiety gotowe:


Dół bukietu wykończyłyśmy jutą:


Jak widzicie po układzie łodyg, bukiet nie był komponowany spiralnie, lecz równolegle.
Bukiety skrętoległe poćwiczymy kiedy wiosna rozgości się na dobre i kwiatów będzie duuużo, a te giełdowe zrobią się tańsze:)
A na kolejnych warsztatach planujemy przedwiosenne wianki (czyli dekoracje drzwi w okresie przedwiośnia).
Bo przedwiośnie już jest naprawdę i to fakt niezaprzeczalny.
W moim Wrocławiu dni stają się coraz cieplejsze. Co prawda od wczoraj trochę mokro, ale to deszcz pachnący już nadchodzącą wiosną. Mrozy się skończyły.
Przyroda się budzi z zimowego uśpienia.
Podobno przyleciały już pierwsze bociany.
A i ptaki o poranku świergolą jakoś radośniej, optymistyczniej. I te ich trele, to pytlowanie beztroskie powoduje, że i we mnie serce rośnie, a wszystko nagle staje się łatwiejsze.
Wiosna to przecież czas marzeń. Nie zapominajmy o nich w naszym zabieganym świecie.
Ta najpiękniejsza z pór roku jest tuż tuż i porozumiewawczo mruga do nas okiem, obiecując, że wszystko co dobre, piękne, interesujące, dopiero przed nami.
Ach, jakie wspaniałe są te obietnice...
Życzę Wam moi drodzy pięknych i spełniających się wiosennych marzeń.
Czy wiecie jak pachną marzenia?
Mój zapach marzeń, to zapach fiołków, które kojarzą mi się z wiosnami z beztroskich lat szczenięcych. Fiołki rosły w moim małym miasteczku niemal na każdym kroku, na każdym skwerku, na najmniejszym choćby spłachetku trawy. Znosiłam je do domu całymi naręczami.
I wiosenny dom mojego wczesnego dzieciństwa pachniał fiołkami.
Kiedy wącham fiołki, widzę oczyma duszy stół nakryty do obiadu, właśnie z bukiecikiem tych urokliwych kwiatów w centralnym miejscu. Obiad jest chyba niedzielny, bo przy stole cała rodzina: uśmiechnięta Mama, tryskający humorem Tata, i my obie z siostrą. I jakoś tak zupa pomidorowa mi się z tym obiadem kojarzy:)
Podsumowując można by rzec, że zapach fiołków przywodzi mi na myśl talerz pomidorowej zupy (ulubionej przez wszystkich w moim domu);-)
Ale szerzej rzecz ujmując: zapach fiołków to dla mnie zapach szczęścia, beztroski, ciepła, bezpieczeństwa, dosytu i spokoju. 
Uwielbiam fiołki. Lubię je dostawać i zanurzać nos w ich czarownej woni.
Czekam na nie z utęsknieniem. A kiedy zakwitną, poświęcę im oddzielny, w pełni fiołkowy wpis.

Pozdrowienia serdeczne i uśmiech dla wszystkich moich miłych gości.
A ja spaaaać (mam nadzieję, że wiosna mnie z tej narkolepsji wyleczy;-)
Po całym dniu spędzonym dzisiaj na szkoleniu czuję się odrobinkę usprawiedliwiona:)
Jutro kolejna porcja wiedzy niezbędnej do wykonania moich nowych zadań (ach jak ja lubię wyzwania).

Miłej niedzieli i udanego kolejnego tygodnia wszystkim Wam życzę.



            FLORENTYNA






wtorek, 14 lutego 2017

Sercowe warsztaty, sercowe pudełka DIY i czy aby na pewno lubię Walentynki...

Witajcie kochani 

Na początek obiecana relacja z naszych sercowych, przedwalentynkowych warsztatów.
Dodać należy, że już miałam spore obawy, czy uda nam się w ogóle z warsztatami ruszyć.
W styczniu zdziesiątkowała nas grypa, katary i inne przeciwności losu.
I tym sposobem sezon warsztatowy 2017 rozpoczęłyśmy dopiero 9 lutego.
Ponieważ to czas okołowaletnkowy, więc i nasze prace do do tego święta nawiązują.
Tematem zajęć były pudełka kwiatowe.
Ale nic na skróty, żadnych gotowców. Pudełeczko trzeba było zrobić własnoręcznie.
A że to na Święto Zakochanych, więc pudełka oczywiście w kształcie serca.
Nie mogło być inaczej.
Pracę zaczęłyśmy od wycięcia trzech serduszek: dwa z kolorowego bristolu, a jedno z twardszego kartonu.



Serducha potem należało skleić ze sobą. Kolorowe na zewnątrz, a to z grubego kartonu w środku, dla wzmocnienia całości. Tym razem kleiłyśmy wszystkie elementy pudełka za pomocą taśmy dwustronnie klejącej. I świetnie się sprawdziła, podczas gdy kleje różnorodne nie bardzo, bo zmiękczały i zniekształcały papier.
Może ktoś z Was zna jakiś dobry klej, który nadawałby się do klejenia pudełek? Podpowiedzcie.
Potem należało wyciąć paski na boki pudełka i porobić na nich wypustki, którymi będą przyklejone do sercowej podstawy.



Wysokość boku to 6,5 cm, a szerokość zakładki to 2 cm.
Przed połączeniem boku pudełka z podstawą oklejałyśmy je dekoracyjnymi materiałami.
Moje warsztatowiczki zdecydowały się na jutę, ale można oklejać papierem, wstążkami, tkaninami o ciekawej fakturze i wszystkim innym, co nam wyobraźnia podpowie:)

A tak wyglądały przygotowane już przez nas pudełka:



Jutę na bokach ozdabiałyśmy dodatkowo koronką, wstążkami, a niektóre dziewczyny zdecydowały się na taśmę z błyszczącymi kryształkami, która nadała całości wygląd nieco "glamour". Początkowo byłam przeciwna kryształkom, bo przecież to zupełnie inne klimaty niż juta. Ale ostateczny efekt przekonał mnie, że czasem warto pokusić się o łączenie materiałów nieoczywistych i pozornie się wykluczających;-)
Co o tym sądzicie?
Gotowe pudełka wykładałyśmy podwójną warstwą celofanu, a potem wypełniałyśmy namoczoną zieloną gąbką florystyczną (cienką warstwą, ok. 3 cm grubości).
Tak przygotowane pudełka były już gotowe, by ułożyć w nich kwiaty, oczywiście czerwone, jakżeby inaczej:)



W naszych sercowych pudełkach znalazły się róże, dziurawiec (Hypericum) i asparagus modrzewiowy. No i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przemyciła też mojej ukochanej brzozy:) Moje warsztatowiczki już przyzwyczaiły się do tego, że brzozę  w różnej postaci dodaję niemal do każdej kompozycji;-)))
O mojej wielkiej miłości do brzóz pisałam TUTAJ
A oto efekt końcowy naszych walentynkowych działań:



 Na zakończenie tradycyjna "rodzinna" fotka:)



I do zobaczenia za tydzień, na kolejnych warsztatach.
Będą zimowe bukiety na kryzach.
Przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć, robione telefonem, a on coś się kiepsko ostatnio sprawuje.
Mam nadzieję, że co nieco uda się Wam zobaczyć.

I jeszcze, zgodnie z tytułem posta, słów kilka na temat Walentynek.
Czy je lubię?
Cóż, skłamałabym mówiąc, że tak. W zasadzie nie można tego chyba rozpatrywać w kategorii lubię-nie lubię, bo najzwyczajniej w świecie nie mam do tego święta podejścia emocjonalnego.
Na mój gust jest zbyt komercyjne, nieco za bardzo krzykliwe i trochę kiczowate;-)
Ale jest i druga strona medalu: jeśli przy okazji tego dnia ktoś usłyszy kilka miłych słów, których być może bez okazji by nie było... to dlaczego nie:)
Ciepłych słów i miłych gestów nigdy nie za dużo.
Tylko nie traktuję Walentynek wyłącznie jako święta zakochanych, bardziej może jako kolejny Dzień Życzliwości. Skoro już są, to uśmiechnijmy się ciepło do bliskich, nie tylko tych, których kochamy, także do przyjaciół, znajomych, rodziny.
I rzecz najważniejsza: Walentynki, to jeszcze jedna cudowna okazja do OBDAROWYWANIA SIĘ KWIATAMI:) Wszak kwiaty najpiękniej i najpełniej wyrażają uczucia.
A każdy dzień, który ten piękny zwyczaj przypomina i kultywuje jest ze wszech miar godny promowania! I to jest powód dla którego Walentynki popieram:)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, uśmiech przesyłam i życzę pięknego dnia.



Tę piękną różę dedykuję wszystkim, których "kocham, lubię, szanuję..."




FLORENTYNA