czwartek, 19 stycznia 2017

Dlaczego nie lubię zimy i jak ją oswajam.

Nie lubię zimy i tyle.
Śnieg, mróz, szare dni to zdecydowanie nie moje klimaty.
O ile jeszcze zima grudniowa, przedświąteczna ma urok oczekiwania, o tyle ta styczniowo-lutowa, nawet jeśli biała i śnieżna, nie budzi mojej sympatii.
Od stycznia to ja już wiosny chcę;-)
I tak z dnia na dzień czekam, że może lada chwila się pojawi, może już jutro, może za dwa dni...
I tak sobie codziennie wiosny wyglądam, póki co bezskutecznie.
We Wrocławiu znowu śnieżnie i mróz trzyma (niewielki, ale dla mnie i tak za duży).

Obiektywnie rzecz biorąc zima prezentuje się całkiem ładnie:



Mogę popodziwiać jako ładny obrazek, ale i tak nie polubię;-)
Do wiosny daleko, do Wielkanocy daleko, do moich urodzin daleko (chociaż będą pierwsze w kolejności, jeszcze przed wiosną i przed Wielkanocą).
Ratunku, wychodzi na to, że urodziłam się zimą. Tyle lat minęło, a ja dopiero sobie ten straszny fakt uświadomiłam;-))) No ale taką zimą u progu wiosny;-)

A dlaczego zimy nie lubię?
Spróbuję w punktach:

 1. bo zimno i nos mi marznie;-)
 2. bo zanim wyjdę z domu muszę się ubierać, ubierać i ubierać...
 3. bo tak naprawdę, to biało jest w mieście tylko przez chwilę, a potem szaro i brzydko
 4. bo mi warsztatowiczki chorują i nie mogę prowadzić zajęć
 5. bo jest szaro i zdecydowanie za mało światła, a ja do światłolubnych należę
 6. bo jest ślisko i łazi za mną widmo złamanej nogi (no, nie daj Boże)
 7.bo muszę odkopywać samochód spod śniegu i skrobać szyby, co nie należy do moich        ulubionych zajęć;-)
 8. bo ciągle mi się spać chce; najchętniej zapadłabym w sen zimowy i obudziła się dopiero w  marcu;)
 9. bo brakuje mi  kolorów
10.bo dopadają mnie zimowe smuteczki:-(
11. bo do maja daleko, a ja tęsknię za majem (a dzisiaj tak jakoś szczególnie...)
12. bo...zima to po prostu nie moja bajka. I tyle:)

Sporo tego się uzbierało.

Ale przecież trzeba jakoś do wiosny dotrwać i tę nielubianą zimę oswoić, uprzyjemnić sobie, okiełznać;-)

MOJE SPOSOBY NA OSWAJANIE ZIMY


Brak światła rekompensuję sobie ciepłym światłem świec.
W ich blasku świat staje się przytulniejszy, cieplejszy, trochę tajemniczy.
Lubię świece i zapalam je zawsze, kiedy tylko mogę.
A najbardziej lubię, kiedy pachną wanilią, kawą lub cytrusami.



Zimę łatwiej też znosić z kubkiem ulubionej kawy z mlekiem i cynamonem.
Kiedyś nie przepadałam za kawą, a teraz piję kilka dziennie.
Jeśli ktoś lubi słodzoną, to można pokusić się o zrobienie cukru cynamonowego (wystarczy zmiksować w blenderze lub młynku do kawy szklankę cukru z łyżeczką startej kory cynamonowej). Doskonały do kawy lub gorącej czekolady. Ale uważajcie: pobudza apetyt.


źródło zdjęcia: PINTEREST

W zimowy czas przy życiu trzymają mnie książki moje ukochane.
Gdy tylko zdarzają się chwile, kiedy nie muszę nigdzie biec, nie wzywają obowiązki, mogę bezkarnie w domu poleniuchować, otulam się ciepłym pledem i znikam w książkowym świecie.
W zimie zawsze czytam najwięcej.
Mam pewien plan czytelniczy na ten rok, ale go nie zdradzę, dopiero, jeśli się uda.
Najchętniej czytam listy i biografie.
Ostatnio jednak czytam wszystko, jak leci, bo postanowiłam przeczytać książki, które mam na półkach i które wciąż czekają na swoją kolej.
Niektóre z nich wracają z powrotem na półkę, inne idą "do ludzi", a jeszcze inne "uwalniam" pozostawiając na ławce w parku (ale to raczej jak ciepło jest) lub na przystanku tramwajowym.

 .

Kolejny mój sposób na oswojenie zimy to listopisanie;-)
Odkryłam na nowo uroki papierowej korespondencji i oddaję się jej z ogromną przyjemnością.
Piszę sporo listów i : uwaga, uwaga!!!!! - otrzymuję listy!
Frajda ogromna.
O przyjemnościach płynących z papierowej korespondencji pisałam TUTAJ.
Namawiam Was gorąco: piszcie listy.
Myślę, że warto powrócić do tego zapomnianego zwyczaju.


A kiedy zima dokuczy mi bardzo bardzo, a wiosna wydaje się szczególnie odległa, funduję sobie domowe SPA i cudną, relaksującą, pachnącą kąpiel  z duuużą ilością piany:)
I tu można połączyć przyjemności: zapalam w łazience kilka cytrusowych świec i zabieram do wanny ulubioną książkę (mam takie, które mogę czytać w kółko i bez przerwy;-)
I znikam dla świata. I zapominam o zimie;-)


zdjęcie pochodzi STĄD

Zima to także brak kolorów. A ja jakoś szczególnie w tym roku kolorów łaknę.
Samą mnie to trochę dziwi, bo do niedawna przepadałam za barwami achromatycznymi, za kontrastami czerni i bieli (typowo zimowymi przecież)...
I monochromatyczność preferowana przeze mnie we florystycznych aranżacjach.


A tu nagle zmiana i obrót o 180 stopni! Kolorów chcę!!!
Taki też widzę mój rok 2017: KOLOROWY!!!
Skąd w zimie wziąć kolory?
Najlepszym na to sposobem jest powrót pamięcią do kolorowych majowych dni.
Ech, jak było barwnie...


Na fali zapotrzebowania na kolory zrobiłam taką wiązankę dla najnowszego numeru 


Gdybym nie wiedziała, że to naprawdę mój bukiet, to nigdy bym na to nie wpadła;-)))
Tak kolorowo nie działałam dotychczas.

I tak pokrótce przedstawiają się moje sposoby na oswojenie i uprzyjemnienie sobie zimy.
A jakie są Wasze?
A może po prostu zimę lubicie i nie musicie sobie umilać czasu oczekiwania na wiosnę ?

Lada dzień przedstawię Wam mój tegoroczny styczniowy wianek.
Tak bardzo inny od ubiegłorocznego, zimnego biało-czarno-zielonego.
Tegoroczny będzie ciepły, barwny i aromatyczny;-)
Ale to już następnym razem.

Pięknych i kolorowych dni życzę wszystkim, którzy tu zajrzeli.
Pozdrowienia i jak zwykle duuuużo uśmiechu.


                         FLORENTYNA

czwartek, 12 stycznia 2017

Ciemiernik biały - klejnot z ogrodów Królowej Śniegu. I dlaczego lubię czwartki;-)

" Zawilec rzadko kiedy w pojedynkę po lesie hasa,
Lubi raczej rodzinne pikniki,
Dlatego zawsze jest ich w lesie cała masa.(...)"
                                         Ludwik Jerzy Kern "Portrety kwiatów"




źródło zdjęcia:WIKIPEDIA



                           Co prawda nie zawilec, a ciemiernik biały wybrałam na tegoroczną roślinę stycznia, ale wiersza o ciemiernikach nie udało mi się znaleźć (ktoś zna jakiś? podeślijcie proszę). Posłużyłam się zawilcowym, z tej racji, że obie rośliny są ze sobą spokrewnione, należą do tej samej rodziny jaskrowatych (Ranunculaceae), a ciemiernik na swoich naturalnych stanowiskach, podobnie jak zawilec "rzadko kiedy w pojedynkę po lesie hasa";-)

A dziko "hasa" w Alpach, Apeninach i wschodnich Karpatach. Rośnie tam na śródleśnych łąkach i na leśnych obrzeżach. Tworzy skupiska podobne do naszych wczesnowiosennych zawilcowych łanów.
   Ciekawostką jest łacińska nazwa ciemiernika białego: Helleborus niger (czyli czarny, zupełnie na odwrót niż po polsku;-) Swoją polską nazwę zawdzięcza białym kwiatom. Nazwa łacińska natomiast wiąże się z barwą jego korzeni, które są tak ciemne, że prawie czarne.
A nazwa rodzajowa :Helleborus pochodzi z języka greckiego i oznacza "leczący szaleństwo".

A dlaczego klejnot w ogrodach Królowej Śniegu?
Ano z tej racji, że zakwita za jej panowania, chociaż pada śnieg, wieją zimne wiatry, a cała przyroda w uśpieniu czeka na nadejście wiosny.
Mój ciemiernik zawiązał pąki kwiatowe już w grudniu.
Nie wiem tylko, czy udało mu się przetrzymać mrozy w ostatnich dniach, bo zapomniałam go przykryć;-( Cóż, czas pokaże.
W krajach Europy Zachodniej nazywany jest "różą Bożego Narodzenia", bo kwitnie właśnie w czasie okołoświątecznym.
Jak głosi legenda, piękne kwiaty ciemiernika wyrosły z... łez ubogiego pastuszka, który podążając do Betlejem płakał, że nie ma nic, co mógłby ofiarować Boskiemu Dzieciątku.
I tu mała dygresja: cóż, może warto czasem popłakać, jeśli łzy mogą się zamienić w coś tak zachwycającego:)

Wróćmy do ciemiernika.
Miał być motywem przewodnim moich dzisiejszych warsztatów, stąd projekt tego wpisu.
Miał być... i nic z tego, ponieważ jakiś wyjątkowo zjadliwy wirus przerzedził mi grono warsztatowiczek i zmuszona byłam odwołać zajęcia:-(
A szkoda, bo w planie były małe graficzne formy z ciemiernikiem w roli głównej. Miał wystąpić w towarzystwie ciemnych, drapieżnych gałęzi jabłoniowych, z którymi jego delikatne płatki ciekawie kontrastują, szyszek, mchu, gałązek z porostami...
I nic z tego.
I nie mam zdjęć do pokazania.
Cóż, znów skorzystam z bogatych zasobów Internetu;-)
Ale to za chwilę.
Ponieważ oto właśnie doszłam do punktu, w którym chcę Wam wyjaśnić dlaczego lubię czwartki;-)
A lubię je bardzo i to nie ze względu na bliski weekend.
Już od dwóch lat czwartek to dzień naszych cotygodniowych warsztatowych spotkań.
A spotkania to fantastyczne, dają mi mnóstwo dobrej energii, motywacji do działania, radości, uśmiechu. Spotkania z gronem dobrych przyjaciół.
I wiecie co, kiedy nagle tego zabraknie, zaczyna się tęsknić...;-)
Przez te wirusy paskudne, egzaminy i inne kataklizmy, nasz warsztatowy rok rozpocznie się dopiero za tydzień.

Wróćmy jednak do ciemierników.
Pięknie prezentują się w zimowych, naturalnych aranżacjach:


zdjęcie pochodzi STĄD

Fantastyczne są także w swobodnych, nieformalnych bukietach ślubnych:


źródło zdjęcia: PINTEREST

Niestety, nigdy nikt nie zamówił u mnie bukietu ślubnego z ciemierników.
Ciekawe dlaczego, skoro to taki romantyczny i urokliwy kwiat...
Co prawda na giełdzie nigdy nie udało mi się spotkać ciemierników ciętych. Czy coś przegapiłam?
W grudniu można je kupić, ale tylko w doniczkach.
Po raz drugi: ciekawe dlaczego, skoro są bardzo trwałe,  podobno wytrzymują w wazonie nawet do dwóch tygodni (nie sprawdziłam tego, bo zawsze kupowałam doniczkowe).
Czy ktoś z Was ma jakieś doświadczenia z ciemiernikami jako kwiatami ciętymi? 
Dajcie znać, proszę.

Delikatna, porcelanowa struktura płatków ciemiernika doskonale komponuje się z transparentnym szkłem:


zdjęcie pochodzi STĄD

A tak kwitł mój ciemiernik kilka lat temu:


I na tym kończę moją krótką opowieść o ciemierniku białym.
Jeśli uda mi się jeszcze wykombinować  jakieś aranżacje z jego udziałem, to z pewnością Wam pokażę.

Pozdrawiam i jak zwykle duuużo uśmiechu ślę. (pamiętacie: rok 2017 Rokiem Uśmiechu;-)

Do napisania.


                     FLORENTYNA

Ps. 1 Ciemiernik jest TRUJĄCY!!!!
Ps. 2 W Polsce, w Bieszczadach dziko rośnie CIEMIERNIK CZERWONAWY, nazywany też ciemiernikiem purpurowym (Helleborus purpurascens)
Ps. 3 Do mojej mapy marzeń dodaję jeszcze jeden punkt: zobaczyć kwitnące ciemierniki w ich naturalnym środowisku;-)





czwartek, 5 stycznia 2017

Jeszcze w rytmie slow...


... z książką na kolanach, z kubkiem ulubionej zielonej herbaty z malinami, celebruję chwile.
Jeszcze nie muszę się spieszyć, pędzić by zdążyć z wszystkimi ważnymi sprawami.
Zapalam świece, dużo świec, w ich blasku świat nabiera przytulności i miękkości. Światło czyni cuda:)
Czas zwalnia, a ja delektuję się spokojem i kojącą ciszą.
Odkładam na chwilę książkę, by odwiedzić moje ulubione miejsca w wirtualnym świecie.
Podejrzeć, podczytać, poinspirować się, podładować akumulatory...
Fajny ten Internet;-)


Dziś na świecie trochę biało i zimowo.
Zimowa aura nie jest moją ulubioną, szczególnie w mieście.
Ale przyznać trzeba, że oszronione drzewa wyglądają bardzo malowniczo.
Oczywiście jak się je ogląda przez okno;-)))
Co innego w górach, gdzie zima na ogół prezentuje swoje najpiękniejsze oblicze.
W góry póki co nie wyjeżdżam. Miejską zimę kontempluję zza szyb.
Jutro pewnie wybiorę się na spacer.
Dzisiaj robię sobie wieczór wspomnień.
Taki mały przegląd roku, który już odszedł do przeszłości.
Był dobrym rokiem. Dużo się działo.
I w szkole i na warsztatach i w redakcji.
Intensywny, pracowity rok.

Styczeń sypnął śniegiem i nawet w mieście sceneria przez jakiś czas była bajkowa:


Nasze czwartkowe warsztaty od początku roku ruszyły pełną parą:


Było bukietowo i karnawałowo;-)
A jako, że karnawał 2016 był wyjątkowo krótki, a Wielkanoc wypadała bardzo wcześnie, więc już od lutego ruszyłyśmy ze świątecznym wiankowaniem.


W szkołach królowała florystyka ślubna:


Marzec całkiem już wiosenny i wielkanocny.
A i pogoda dopisywała, można było na spacerze do brzozy się przytulić;-)


Kwiecień, jak sama nazwa wskazuje, kwietny i kolorowy:


I maj, mój absolutny faworyt 2016:)

kolory, kolory, kolory:


spacery, spacery, spacery


Niezapomniana sesja dla NDiO-FLORA we wrocławskim Ogrodzie Botanicznym


Z ekipą z Edicusa dekoracje w kościele


Bogaty w wydarzenia, piękny i kolorowy maj:)

Czerwiec pod znakiem świtezianek:


W lipcu Galowice i warsztaty dla dzieciaków


W sierpniu cudne świętokrzyskie wakacje;-)
Zosiu - całusy ślę;-)


A od września, tradycyjnie znowu szkoła;-)
W tym roku już tylko LIDER!


W październiku spontaniczne krakowskie spotkanie po latach;-)


A w szkole i na warsztatach królowały dynie;-)





Z LIDERKAMI na Dolnośląskim Festiwalu Dyni w Ogrodzie Botanicznym


Październikowa aura sprzyjała leśnym spacerom:


W listopadzie na warsztatach już adwentowo:


W szkole kolorowo-bukietowo:


A we FLORZE funeralnie:


I już rok zbliża się ku końcowi;-)
W grudniu niepodzielnie królowały białe choinki.



I nowe wyzwanie: wolontariat  w stowarzyszeniu Pomocy "Iskierka"
Pierwsze kartki wykonane na zajęciach z dzieciakami:


I tak mój florystyczny rok dobiegł końca;-)
Działo się oczywiście o wiele wiele więcej niż można było zatrzymać w kadrze.
Kolorowy, pracowity, bogaty w wydarzenia rok.
Żegnam go uśmiechem i dziękuję za to, co mi przyniósł.
 Dziękuję też  za to, że był absolutnie wyjątkowy...

Pozdrawiam serdecznie wszystkich bywalców świata Groszków i róż.
Uśmiech ślę i życzę, by nawet w pochmurne dni uśmiechało się do Was słońce. 


FLORENTYNA

poniedziałek, 2 stycznia 2017

O tym dlaczego nie lubię postanowień noworocznych i co z tego wynika...

Witam wszystkich miłych groszkowo-różanych gości i podczytywaczy w Nowym Roku.
Myślę, że będzie to fantastyczny rok. Moja intuicja i wszelkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują.
 Przecież w życiu tak wiele zależy od nas samych. Postarajmy się zatem, by był to wspaniały rok.
Jasne, że nie mamy wpływu na wiele sytuacji i zdarzeń, ale  to jak na te zdarzenia zareagujemy zależy wyłącznie od nas.
Buszowałam trochę po blogowym świecie i odkryłam wspaniały wpis na blogu
Autorka wpisu wpadła na świetny pomysł i poprosiła kilka znanych blogerek o rady na 2017 rok.
Poczytajcie, bo warto.
Mnie urzekła opowieść o żabach przytoczona przez Kamilę.
Jest tak fantastyczna, że pozwolę sobie zacytować ją w całości:


Były kiedyś dwie żaby, które wpadły do naczynia pełnego…śmietany. Od razu zdały sobie sprawę w jak beznadziejnej sytuacji się znalazły – utrzymanie się dłuższy czas na powierzchni gęstej masy było niemożliwością. Początkowo dwie żaby przebierały łapkami w śmietanie, aby dotrzeć do brzegów niewielkiego naczynia, niestety każda próba kończyła się wielkim rozczarowaniem. Traciły nadzieję i pomału tonęły… Jedna z żabek, nagle powiedziała na głos: – Już dłużej nie mogę. Stąd nie ma wyjścia. Nie chcę przedłużać mojego cierpienia i tak umrzemy. Nie ma sensu się męczyć!  I poddała się…  Po chwili była już na dnie białej, gęstej masy. Druga żaba obserwując koleżankę, chwilę zamyśliła się i wykrzyknęła: – Nie ma stąd wyjścia! Tutaj nie można ruszyć się w żadną stronę, ale nie chcę umierać! Będę walczyć do ostatniego tchu.  Mijały kolejne godziny, a żaba przebierała łapkami w tym samym miejscu. I nagle śmietana zamieniła się w…masło!

Historia zaczerpnięta została z książki "Pozwól, że Ci opowiem...", której autorem jest Jorge Bucay (lekarz i terapeuta).
Kochani, zadajmy sobie pytanie, jak często zdarza nam się być tą pierwszą żabą...
A przecież wszystko jest możliwe, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się niewykonalne.
Życzę Wam i sobie, byśmy w tym roku nie pozwolili sobie na tonięcie w śmietanie;-)

DLACZEGO NIE LUBIĘ POSTANOWIEŃ NOWOROCZNYCH

Bo tak łatwo sobie wiele obiecywać, a potem najczęściej niewiele z tego wychodzi. Zaczyna brakować wytrwałości, determinacji, motywacji. I piękne postanowienia, spisane w nowym kalendarzu, albo grubym zeszycie, zamiast radości przynoszą rozgoryczenie i poczucie winy. Tak często chcielibyśmy zjeść ciastko i mieć ciastko, a to się chyba nie uda. Jeśli chcę biegać co rano, to muszę zrezygnować z wylegiwania się w łóżku, a przecież to lubię... Chcę schudnąć, ale z drugiej strony dlaczego mam odmawiać sobie przyjemności jedzenia czekolady... Wykluczające się motywy.
Dlatego nie będę robiła listy cudów, jakich dokonam w 2017 roku;-) Plany owszem, z uwzględnieniem rzetelnej ścieżki ich realizacji. Marzenia, tak! Ale żadnej długaśnej listy postanowień
No, może tylko jedno: BĘDĘ SZCZĘŚLIWA!!! Po prostu...




MÓJ SPOSÓB NA SZCZĘŚCIE...

... można zamknąć w dwóch słowach: uśmiech i wdzięczność. Tylko tyle. Aż tyle...
Kochani, tak łatwo narzekać, marudzić, smęcić, zrzędzić. Tylko po co? Czy ułatwi nam to życie? Przysporzy przyjaciół? Zapewni wygraną na loterii? Pozwoli objechać świat?
O ileż łatwiej żyje się z uśmiechem na twarzy. Uśmiech przyciąga uśmiech i dobre zdarzenia. Czasem życie trochę nam dokucza. ale wtedy uśmiechajmy się tym bardziej. Spróbujcie, to działa!
Na FB zaproponowałam, by rok 2017 ogłosić Rokiem Uśmiechu. Co Wy na to?

I drugi klucz do szczęścia: wdzięczność. Przeczytałam gdzieś zdanie, które sobie wynotowałam i które chcę Wam teraz zacytować: "Zdaniem Mistrza Eckharta, jeśli mielibyśmy pomodlić się tylko raz w życiu, modlitwa ta powinna brzmieć: "dziękuję". Każdego dnia spotyka nas mnóstwo zdarzeń za które możemy być wdzięczni. Czasem je przegapiamy, uważamy za oczywiste. Warto codziennie wieczorem przywołać to, za co chcielibyśmy podziękować. Zobaczycie, jak tego dużo.
Wdzięczność ma ogromną moc, potrafi uskrzydlać, przyciąga dobro i obfitość, pozytywnie wpływa na nasz nastrój i nastawienie do życia. Dlaczego z tego nie skorzystać?
Spróbujmy zaczynać i kończyć dzień słowem "dziękuję". Zobaczycie, że zaczną dziać się cuda;-)


I jeszcze słów kilka na zakończenie: pogoda płata figle. Wczoraj był przejrzysty i słoneczny dzień, a dzisiaj sypnęło śniegiem. Sceneria robi się bajkowa.
Ciekawe, czy zima zagości na dłużej, czy tylko postraszy?
Wczorajszy dzień był stworzony do spacerów, więc grzechem byłoby z tego nie skorzystać;-)
Pamiętacie, jak w świątecznym poście pisałam Wam, że Boże Narodzenie przenosi mnie do czasów dziecięcych. Na wczorajszym spacerze przekonałam się, że nie tylko Boże Narodzenie;-)




Podobno powstają już place zabaw dla dorosłych. To chyba całkiem dobry pomysł:)

Pozdrowienia serdeczne wszystkim Wam ślę.
I jeszcze raz pięknego, pełnego uśmiechu roku życzę.

FLORENTYNA









sobota, 31 grudnia 2016

Już za chwilę Nowy Rok

Dlatego, zanim wyruszycie na bale i szalone imprezy, przyjmijcie ode mnie życzenia pięknego, wspaniałego i szczęśliwego roku.
Coś się kończy, coś się zaczyna...
Rok 2016 powoli odchodzi do przeszłości, za chwil kilka będzie już tylko wspomnieniem.
Mam nadzieję, że pięknym wspomnieniem.
A jeśli nawet nie cały rok, to choćby okruchy  radości i szczęścia, które niewątpliwie każdemu z nas przyniósł.
W moich archiwach pozostanie w zakładce "dobry rok";-)
Pomimo, że nie brakowało trudnych momentów, to jednak 
dał mi bardzo wiele, dużo nauczył i przyniósł chwile, które wkładam do szuflady z cennymi wspomnieniami;-)
Dobry, piękny i szczęśliwy rok.
Teraz pora mu podziękować. Jest za co...


To zdjęcie ze stycznia 2016 roku.
 Przywitał nas takim śniegiem:)
A kończy się  pogodą nieskazitelną, przejrzystą i słoneczną.
Dzisiejsze wrocławskie niebo  było błękitne jak nie przymierzając niebo nad moją ukochaną Andaluzją;-)



Nie wiem, czy też tak macie, ale ja zaraz po Bożym Narodzeniu czuję w powietrzu nieuchronnie zbliżającą się wiosnę;-)
I szwendaczek mi się włącza... Do świata mnie ciągnie.
Chociaż dnia przybywa jeszcze niewiele (na Nowy Rok  na barani skok), to jednak to wydłużanie się czuje się bardzo wyraźnie.
Światło, które przynosi ze sobą Boże Narodzenie wchodzi z nami w Nowy Rok.
Daje nadzieję na...
Każdy z nas może sobie dopisać dalszy ciąg:)
Kochani, życzę Wam, by rok 2017 był dla Was czasem spełnionych nadziei i zrealizowanych marzeń.
Dni pełnych uśmiechu i samych szczęśliwych chwil.
Zdrowia, które do realizacji zamierzeń niewątpliwie się przydaje;-)
Kreatywności i wspaniałych pomysłów.
Nieustającego zapału do działania.
Miłości i bliskości.

Jednym słowem SZCZĘŚCIA!!!

Do siego roku moi mili.

FLORENTYNA


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Boże Narodzenie budzi we mnie dziecko, czyli refleksji świątecznych ciąg dalszy.


Przyjdź na świat,
By wyrównać rachunki strat.
Żeby zająć wśród nas,
Puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć że są puste miejsca przy stole.
                                                (Kolęda dla nieobecnych)


Z moją piękną Maminką przy choince. Uśmiech mam zaiste wystudiowany;-)))
I pulpet ze mnie był. Mam tu kilka lat, nie wiem ile, bo na zdjęciu nie ma daty.
Tylko czemu Maminka smutna...? Muszę ją o to zapytać.


Drodzy moi, odkryłam właśnie coś ciekawego, co samą mnie zaskoczyło, a o czym przecież podświadomie wiem od dawna.
Boże Narodzenie budzi we mnie dziecko;-) Niezależnie od tego, które urodziny właśnie minęły (a pełnoletnia jestem już przecież od jakiegoś czasu;-))), magia świąt przenosi mnie w czarowne dziecięce lata.
Cudne lata, kiedy z czerwonym zziębniętym nosem i skostniałymi  palcami stóp obutych w czarne zamszowe botki tuptałam z babcią z kościoła do domu mając nadzieję na coś pysznego i ciepłego... gorące kakao na przykład.
Zupełnie nie rozumiem dlaczego w pamięci utkwiły mi akurat te botki zamszowe.
Zapewne je lubiłam, skoro na samo wspomnienie "oczyma duszy mojej widzę je";-)
Chyba nie były zbyt ciepłe, skoro palce marzły, a może po prostu zimy wtedy były takie jak należy, mroźne i śnieżne.
I pamiętam jeszcze jak fenomenalnie ich czarny kolor kontrastował ze skrzącą się i aż kłującą w oczy bielą śniegu.
Lubiłam te wyprawy do kościoła, lubiłam śpiewać kolędy. A przyznać musicie, że nasze polskie kolędy wyjątkowo melodyjne są.
I dzisiaj wydzieram się w kościele na całe gardło;-))) A co, tyle mojego;-)
Tylko trochę drażni mnie tempo i rytm w jakim te nastrojowe pieśni są śpiewane.
A to przecież w większości melodie taneczne.
Przykładowo polonezy: "Bóg się rodzi"( podobno melodia tej kolędy zaczerpnięta została z poloneza koronacyjnego królów polskich), "Dzisiaj w Betlejem" czy "W żłobie  leży" 
Jest też radosny, taneczny mazur: "W dzień Bożego Narodzenia", nostalgiczne kujawiaki: "Ach ubogi żłobie" czy "Jezus malusieńki"
I jeśli grane są we właściwym tempie, to nogi same rwą się do tańca;-) Przyznaję bez bicia, że zdarzyło mi się kołysać i przytupywać w kościele;-) I to nie tylko w dzieciństwie...
I tutaj mała dygresja: czy zauważyliście, że w kościołach w miastach kolędy się mruczy, miauczy i katuje bezlitośnie, niestety.
Ale wybierzcie się tylko do wiejskiego kościoła, zaraz usłyszycie jak kolędować należy.
Byłam latem w pięknym malutkim kościółku na kielecczyźnie (kolęd w tym czasie akurat nie śpiewano, ale nic to), żebyście słyszeli ten śpiew, mocny, melodyjny, pełną piersią.
I jeszcze coś, co powaliło mnie na obie łopatki: w pewnej chwili organista (zresztą świetny), zaintonował "Modlitwę" Okudżawy. Zaniemiałam na chwilę z wrażenia, ale tylko na chwilę, bo zaraz potem zaśpiewaliśmy tercet;-) Organista, moja przyjaciółka i ja, jako, że nikt więcej nie znał słów;-)
Ale było super. Po skończonej Mszy przekazałyśmy organiście wyrazy uznania.



Tutaj już jako dziecię szkolne. Też nie wiem, który to był rok, ale coś mi się kojarzy, że do trzeciej klasy wtedy chodziłam.
Udaję, że czytam.
I chyba miałam ładny kołnierzyk;-) Jakaś ciocia go dla mnie wyszydełkowała, tylko nie pamiętam która:)


No, ale dosyć dygresji, wróćmy do świąt i ich dziecięcego przeżywania.
Tak jak w tytule posta: Boże Narodzenie budzi we mnie dziecko.
Cieszy mnie wszystko: pomarańcze na stole (choć przecież dzisiaj na co dzień ich nie brakuje), żywicznie pachnąca, pięknie przystrojona choinka, prezenty pod nią, nawet najdrobniejsze, wigilijne potrawy, a najbardziej kompot z suszu owocowego za którym przepadam.
Lubię być w tym czasie w kościele, gdzie pierwsze kroki kieruję do szopki betlejemskiej.
Wszystko mnie zachwyca: owce, woły, nawet wielbłąd, którego w moim kościele trzej królowie jakoś przypadkiem podrzucili do szopki jeszcze przed swoim przybyciem;-)
Może to fakt, że Bóg przychodzi na świat pod postacią Małego Dzieciątka, powoduje, że dzieci lepiej się z Nim dogadują. Może dlatego dziecinniejemy i wracamy do przeszłości???
Lubię to!  Tę wszechogarniającą radość, ten zachwyt, to uwielbienie i nieprzepartą potrzebę modlitwy.
I śpiewanie pełną piersią.
Ech, być znowu dzieckiem...
Dobrze, że dzięki magii Bożego Narodzenia można się nim poczuć choćby na kilka chwil.
Tak jak w zacytowanej przeze mnie strofie przepięknej kolędy:
(...) jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas...
Czego Wam kochani przyjaciele Groszkowo-różanego ustronia, z całego serca życzę.
Nie wstydźmy się choć na krótki czas znowu być dziećmi.
Czerpmy pełnymi garściami radość ze świątecznych chwil i dzielmy się nią szczodrze z bliskimi sercu.
Wszak Bóg się narodził i wszystko staje się możliwe.

Pozdrowienia serdeczne Wam przesyłam.

FLORENTYNA




niedziela, 25 grudnia 2016

Kilka świątecznych refleksji...

Najpiękniej bowiem jest, kiedy 
Piękna nie czuje się zgoła 
I tylko jest się, po prostu 
Tak, jak jest wszystko dokoła.
                         (Leopold Staff "Czucie niewinne")






Witajcie kochani.
Przepadam za tym czasem, kiedy można celebrować chwile...
Nie trzeba się spieszyć, pędzić na łeb , na szyję;-)
I tak jak w zacytowanym powyżej wierszu mojego ukochanego poety "tylko jest się po prostu":)
Wtedy chyba najpełniej człowiek czuje, że żyje.
Mam to szczęście, że spędzam świąteczny poranek w moim rodzinnym mieście, niewielkim miasteczku, gdzie życie płynie innym rytmem niż moje wrocławskie, codzienne.
Jakiś ptak gdzieś się zawieruszył i słychać go w ogrodzie.
Za oknem zamiast śniegu jest soczyście (po deszczu) zielona trawa.
Świat jest kryształowo czysty, umyty deszczem i pogodny pomimo braku słońca.
Pięknie jest, chwilo trwaj...
Za chwilę pewnie wybiorę się na spacer. Trochę mokro i wilgotno, ale to żadna przeszkoda.
Zanim jednak założę płaszcz i omotam się szalikiem wielkim jak koc, chciałam się z Wami pięknem tej chwili podzielić.
Na co dzień jesteśmy tak zabiegani, że nie udaje nam się dostrzegać okruchów piękna wokół nas i cenić chwil spokoju, wyciszenia i radości.
Szczęścia jednym słowem:) 

Dlatego życzę Wam wszystkim świętowania w rytmie slow.
Pobądźmy ze swoimi bliskimi dla których na co dzień mamy zbyt mało czasu,
Łapmy chwile i drobiny szczęścia, które ze sobą przynoszą.
I nie zapominajmy o wdzięczności, za wszystko, za całe nasze życie, za złe i dobre momenty, za przyjaciół i rodzinę, jednym słowem za to, czym los nas obdarował.

Pięknego, spokojnego i niespiesznego świętowania moi mili.
Niech te dni  będą czasem refleksji i zadumy nad tym, co w życiu najważniejsze.
Uściski i serdeczności świąteczne ślę.

FLORENTYNA