wtorek, 27 czerwca 2017

Wybieram kwiaty - część druga. Tym razem post wspomnieniowy.

Witajcie miłośnicy kwiatów.
Zgodnie z zapowiedzią kontynuuję cykl "Wybieram kwiaty". Wpisy pod tym hasłem już na stałe zagoszczą na moim blogu. Będą rzecz jasna przeplatane innymi, ale co jakiś czas wrócę do kwiatowych rozważań:)
Dzisiaj garść moich kwietnych wspomnień.
Niezależnie od tego, jak daleko udaje mi się sięgnąć pamięcią, zawsze widzę wokół siebie kwiaty, drzewa, trawy, zioła.
Dorastałam w bliskim kontakcie z naturą i od dziecka uczono mnie zachwytu nad jej niezwykłością ale i szacunku dla niej.
Moim pierwszym nauczycielem przyrody był Tata. Pamiętam, że kiedy tylko zaczęłam mówić,  uczył mnie nazw kwiatów, drzew i ptaków.
W niewielkim ogrodzie moich rodziców zawsze coś kwitło, pachniało, zachwycało kolorami.
Próbuję zmobilizować pamięć, by pokazała mi pierwszy kwiat, który nauczyłam się rozróżniać.
Wydaje mi się, że jest to bratek. Rodzice nazywali je "braciszkami", a ponieważ bardzo lubi je moja Mama, więc w naszym ogrodzie były od zawsze i są do dzisiaj.
Mama kochała i kocha kwiaty. Ojciec mój zawsze o tym pamiętał. Dlatego zwyczaj obdarowywania bliskich kwiatami i wyrażania uczuć za ich pomocą jest dla mnie tak oczywisty jak oddychanie.
Kwiaty po prostu zawsze były w moim życiu. Nie miałam więc absolutnie wątpliwości co do kierunku studiów: ogrodnictwo, nie mogło być inaczej;-)

Nie chcąc być gołosłowna, pokażę Wam jedno z moich najwcześniejszych zdjęć:)
Jest bardzo "prehistoryczne", ale tym bardziej dla mnie cenne.
Popatrzcie sami:


Mam nadzieję, że pomimo niedoskonałości obrazu, widać co ściskam w tłuściutkiej łapce;-)
A w drugiej gałązka wierzby. 
Powiedzcie sami, czy ja miałam inne wyjście? Kwiaty były po prostu moim przeznaczeniem. I tyle;-)

Wczesne dzieciństwo...


... to czas, kiedy na kwiatowe "wyprawy i łowy" zabierał mnie Tata. Wiosną zbieraliśmy fiołki, aby całe ich garście zanieść Mamie, która dekorowała pachnącymi bukiecikami dom.
Potem przychodził czas łubinów, chabrów, maków i rumianków, za którymi wędrowaliśmy po polach. Jesienią znosiliśmy do domu naręcza wrzosów z leśnych grzybowych wypraw (grzybobrania z moim Tatą, to odrębny temat, budzona o czwartej rano, a czasem jeszcze wcześniej, zaspana, ale najszczęśliwsza na świecie jechałam z rodzicami do lasu, w inny, zaczarowany świat, w inny wymiar niemal;-)
Odkąd pamiętam, w moim domu rodzinnym świeże kwiaty na stole były zawsze. Dbała o to Mama. Najczęściej były to kwiaty ogrodowe, wyznaczające rytm następujących po sobie pór roku.
Wiosną bukiety tulipanów, latem goździki brodate, dzwonki, łubiny, irysy, floksy i co tam jeszcze w ogrodzie zakwitło. Bardzo utkwiły mi w pamięci pachnące floksy, które królowały w ogrodzie mojej Babci. I pewnie dlatego były jednymi z ukochanych kwiatów Mamy.



W jesiennych bukietach panowały niepodzielnie astry, za którymi moja Mama dosłownie przepada:) I nie mam tu na myśli astrów bylinowych, marcinkami zwanych, ale popularne w naszych ogrodach, urokliwe, jednoroczne astry chińskie.


Ja też je ogromnie lubię. Kojarzą mi się z dosytem i spokojem schyłku lata.
Także z początkiem roku szkolnego, który uwielbiałam. Naprawdę. Te pachnące nowością książki, czyste zeszyty, całą tę wielką tajemnicą, która przede mną:)
I oczywiście naręcza kwiatów dla ukochanych nauczycieli.
Ech, to były czasy;-)

Z zimowych wypraw z Tatą, bardzo utkwiła mi w pamięci jazda na łyżwach. Tata szedł sobie spacerkiem, a ja "szusowałam" po oblodzonych trotuarach;-)
Z tych wypadów wracałam zawsze ze zziębniętym nosem, różowymi polikami i obowiązkowo z wiązką jakichś plastycznie pogiętych gałęzi. Coś przecież musiało zdobić dom, nawet zimą:)

Kochani, ponieważ wpis robi mi się oooogromnie długi, więc dzisiaj na tym skończę moje kwiatowe wspomnienia. Powrócę do nich w kolejnym pisaniu.
Bardzo serdecznie Was pozdrawiam i życzę, by każdy Wasz dzień pełen był uśmiechu i kwiatów.
Bo przecież, jak pięknie napisała Ewa, prowadząca bloga MARZENIAMI MALOWANE

KWIATY TO UŚMIECH BOGA:)

Pamiętajmy o tym każdego dnia.

Proszę, piszcie mi o Waszych kwietnych wspomnieniach i kwiatowych historiach.
Dziękuję, że odwiedzacie "Groszki i róże";)

I do następnego pisania.


FLORENTYNA










7 komentarzy:

  1. Nie mieliśmy ogródka, ale moim ogrodem i nauczycielem była przyroda dookoła: las, łąka, pola :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj. Ja obecnie, mieszkając w miejskim bloku, nie mam ogrodu. I bardzo mi tego brakuje... Ale kiedy tylko mogę uciekam w plener, za miasto, do lasu, na wieś, gdzie tylko się da, byle bliżej drzew i kwiatów;-) Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za odwiedziny. Miłego i pełnego uśmiechu dnia życzę.

      Usuń
  2. Piszesz,że floksy utkwiły Ci w pamięci. Muszę powiedzieć, że floksy to moje ulubione kwiaty, właśnie dlatego,że są pięknym, pachnącym wspomnieniem mojego dzieciństwa. Ich zapach przywołuje najlepsze chwile z dawnych lat. ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Florentynko ależ cudnie się czyta to co napisałaś <3 Uwielbiam takie wspomnienia :)
    Brateczki są u mnie każdego roku, w marcu zamieszkują w skrzyniach i donicach, a późnej wędrują do ogrodu, robiąc miejsce kwiatom letnim :)
    Floksy, obok lilii i liliowców to moje ulubione kwiaty, mam ich mnóstwo w ogrodzie. Czasami latają nad nimi chmary polskich kolibrów, czyli Furczaków gołąbków, są niesamowite :)
    Ściskam serdecznie, Agness :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piekny post.Bratki zawsze mam na wiosnę na balkonie .Floksy mam na działce,uwielbiam te kwiaty.Wogole wszystkie kwiaty lubię.Pozdrawiam serdecznie .

    OdpowiedzUsuń
  5. Urocze zdjęcia i budujący wpis, bardzo przyjemnie się to czytało :)

    OdpowiedzUsuń